|
|
"Jeżeli ktoś uważa, że może pokładać ufność w ciele, to ja tym bardziej: obrzezany ósmego dnia, z narodu izraelskiego, z plemienia Beniamina, Hebrajczyk z Hebrajczyków. W stosunku do Prawa - faryzeusz, co do gorliwości - prześladowca Kościoła, a jeśli chodzi o sprawiedliwość opartą na Prawie - nic mi nie można zarzucić. Jednak ze względu na Chrystusa uznaję za bezwartościowe wszystko, co przynosiło mi zysk. I naprawdę uważam, że to wszystko jest bezwartościowe w porównaniu z bezcennym darem poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego odrzucam [to] wszystko i uznaję za śmieci. Pragnę tylko pozyskać Chrystusa i znaleźć się w Nim, nie w oparciu o własną sprawiedliwość, pochodzącą z Prawa, ale dzięki sprawiedliwości, która rodzi się przez wiarę w Chrystusa i której Bóg udziela na podstawie wiary. Moim celem jest poznanie Chrystusa...
...Nie twierdzę, że to już osiągnąłem lub stałem się doskonały... nie wmawiam sobie, że osiągnąłem cel. Ale jedno czynię: zapominając o tym, co jest za mną, biegnę ku mecie po nagrodę, do której Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie."
Fil.3,4-14
Apostoł Paweł z pewnością był wyrazistą postacią. Wyobrażam sobie, iż współcześni mu musieli go albo kochać, albo nienawidzić. Obojętność raczej nie wchodziła w grę. Zresztą emocje, pisany dorobek Pawła wywołuje do dziś. Sam zachwycam się nim dosyć regularnie, ale też... bywa, że się rozeźlam, np. czytając jego opinie o kobietach. Czy Paweł nie był przypadkiem odrobinkę seksistą???
Jednakowoż powyższy tekst rozkłada mnie na łopatki! Wzrusza, zachwyca i zawstydza!
Oto bowiem, ten niezwykły człowiek nie waha się wyznać, że wszystkie jego dotychczasowe osiągnięcia to śmieci, w porównaniu z ważnością ciągłego poznawania Zbawiciela.
Szanowny Czytelniku, czy byłbyś w stanie coś takiego powiedzieć o sobie?
Czy ja potrafiłbym...???
Czy chciałbym...?
Powszechnym ludzkim odruchem, jest szukanie aprobaty dla własnych poczynań i przekonań w oczach innych. To w naturalny sposób pociąga za sobą (niestety!!!) nasze ciągłe huśtawki emocjonalne. Bo przecież... raz powiemy coś mądrzej, raz... zupełnie niemądrze. Raz uda nam się błysnąć doskonałym czynem, ale innym razem coś haniebnie spaprzemy. Jeżeli bardziej przywiązujemy się do sukcesów - bardzo szybko stajemy się żałosnymi pyszałkami, jeżeli bardziej przekonują nas porażki - popadamy w kompleksy czy wręcz depresje.
Nasze poczucie godności, znaczenia swoje odbicie odnajdują w opiniach o nas...
Stąd paniczny strach: "Co ludzie powiedzą?!!!"
A dla Pawła to śmieci...
Ale przecież w tym "szaleństwie" jest metoda! Bo oto Chrystus dając człowiekowi PRAWDZIWĄ wolność pozwala mu "celebrować" ją poprzez ulokowanie pragnienia poczucia godności, znaczenia, docenienia - w Nim! Jestem wolny min. dlatego ponieważ NARESZCIE nie muszę niczego nikomu (także Bogu - sic!!!) udowadniać. Moje znaczenie i moja godność nie są zależne od widzimisię drugiego człowieka, ale wynikają bezpośrednio z tego, kim jestem dla Jezusa Chrystusa - Syna Bożego!
Wyznam, że ta sprawa ma dla mnie znaczenie nie do przecenienia. Przynajmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze, jestem grzesznikiem, człowiekiem o nienajlepszym życiorysie. Na swojej drodze spotkałem więc wielu ludzi, którzy (w sensie formalnym czasami słusznie) potępiali mnie i oskarżali o najprzeróżniejsze zło. Często słyszałem, że mając taką a nie inną "kartę życiową" jestem zwyczajnie skończony. Jestem NIKIM. Pomijając słuszność czy niesłuszność tych oskarżeń, powtarzane przez dłuższy czas spowodowały, iż popadłem w potężną depresję, wierząc, iż rzeczywiście "jestem nikim". Zwykłym śmieciem... A chcę wszystkim napisać, że to BARDZO upokarzające - być nikim! Gdy jest się nikim, traci się chęć do życia! Gubi się perspektywę i sens...
I w takich okolicznościach, kiedyś tam - dwadzieścia parę lat temu - było dane mi odkryć, że dla Jezusa i w Jezusie jestem KIMŚ!
I zostałem uratowany...
Po drugie, jestem postacią publiczną. Rzecz jasna w mikroskali, ale jednak... Gdybym musiał własną godność, czy wręcz samopoczucie uzależniać od ludzkich opinii o sobie, bardzo szybko odszedłbym od zmysłów albo uzależniłbym się od narkotyków czy alkoholu. A tak mogę szczerze wyznać, że jestem szczęśliwcem żyjącym w pokoju z Bogiem i w zgodzie ze samym sobą. Ponieważ... jestem w Chrystusie. Rzecz nie do przeliczenia na jakiekolwiek pieniądze, czy w ogóle nieporównywalna z niczym mi znanym.
Jest jednak w przytoczonym wyżej, Pawłowym tekście, przynajmniej jeszcze jeden wątek o kapitalnym dla mnie znaczeniu. Otóż apostoł (ten apostoł!!!) nie tylko nie wstydzi się publicznie wyznać, że dotychczasowa jego sprawiedliwość, w porównaniu z życiem ze Zbawicielem, to nic nie warte poczynania, ale także nie wstydzi się stwierdzić, że on ciągle jest niejako "wpół drogi". Że nie wszystko osiągnął, dopracował, posiadł... Że cel jest ciągle przed nim.
No, no... Facet, dzięki któremu chrześcijaństwo rozprzestrzeniło się wokół pokaźnej części basenu śródziemnomorskiego, zapomina o tym, co za nim i pamięta tylko o tym, co przed nim... Gdyby napisał, że zapomina o wszystkich swoich wcześniejszych upadkach czy niegodziwościach - byłoby to zrozumiałe. Ale on zapomina o WSZYSTKIM! Rozumiem, że też o swoich niebywałych sukcesach misyjnych, poświęceniach dla ewangelii itd. itp. Szanowny Czytelniku, czy nie należy tutaj zakrzyknąć - szacun?! Czapki z głów?!
Zaglądam do własnej duszy. Czy ja w imię spotkania się ze Zmartwychwstałym też zapominam o wszystkim? Czy w tym kontekście, swoje jakieś tam osiągnięcia i sukcesy też jestem gotów uznać za... śmieci?!!!
Brrrr!
Niełatwe to słowa...
Jednak... Przecież moją godność i wartość zakotwiczyłem kiedyś w Tym, dzięki któremu wreszcie mogę się czuć BEZPIECZNY i SPEŁNIONY...
Więc zgoda! Sam w sobie coś łamię i próbuję za Pawłem: "Tylko Chrystus - reszta to śmieci!"
Bo wolność warta jest poświęceń. Wolność do spełnionego bycia z Nim, niezależnie od "zewnętrznych" komentarzy...
Tomasz Żółtko
Kraków 23 06 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego edycji Towarzystwa Świętego Pawła)
PS.
Mój przyjaciel zwrócił mi przytomnie uwagę, że podstawowym kontekstem Pawłowej wypowiedzi jest jego stosunek do Prawa Mojżesza. Prawo jest dla Pawła śmieciem.
Jest to prawdą! Nie wspomniałem o tym wyraźnie, ponieważ wydało mi się to (zapewne niesłusznie) oczywistością. To na czym mi w moim nieudolnym pisaniu zależało, to na zwróceniu uwagi, że współczesny człowiek bardzo często swoją wartość uzależnia od tego co robi i jak szlachetnie się poświęca. Podtrzymuję więc sugestię, że wobec doniosłości poznania (i ciągłego poznawania) Chrystusa, wszelkie ludzkie aktywności, mające wykazać, że jednak "nie jesteśmy tacy źli ponieważ..."- to zwykłe śmieci.
Każda aktywność może także stać się swoistym "Prawem". Dla Pawła mogła nim być jego działalność misyjna. On jednak zapominał co za nim w imię celu - nagrody zbawienia. Nagrody wynikającej z miłości i łaski Zbawiciela.
Określone standardy ludzkiego życia i postępowania mają kapitalne znaczenie w oczach Boga tylko i aż wtedy, gdy wynikają z miłości, a nie z chęci udowadniania czegokolwiek lub poprawiania swojego wizerunku.
tz
"Me serce wezbrało pięknym słowem..."
PS.45;2a
Niestety współcześnie Kościół popiera często słabą sztukę! Dzieje się tak min. z dwóch powodów: po pierwsze kryterium jej oceny zostało sprowadzone do tego czy dane dzieło sztuki traktuje o Bogu (Chrystusie, Duchu Świętym) i czy odwołuje się do Jego osoby wystarczająco często oraz po drugie - czy można je wykorzystać w szeroko rozumianej ewangelizacji lub w tzw. "uwielbianiu". Presja wywierana w tym względzie na twórców określających się mianem chrześcijan przez różnorakie środowiska kościelne jest doprawdy wielka. Jesteś naśladowcą Chrystusa? Jeżeli tak, to m u s i s z się w swoim tworzeniu odnosić bezpośrednio do Niego, do życia z Nim, ponieważ w innym razie wszystkie owoce Twojego talentu będą napiętnowane zgniłym kompromisem ze światem.
W efekcie jesteśmy zalewani niewyobrażalnie wielką ilością "chrześcijańskiej sztuki", poprawnej ideologicznie, ale za to miernej intelektualnie, warsztatowo oraz zupełnie bezrefleksyjnej i wtórnej w swoim wyrazie.
Wszystko to obywa się przy wtórze "debaty", próbującej autorytatywnie rozstrzygnąć, która sztuka jest chrześcijańska, a która nie i czego chrześcijanie powinni słuchać, czytać, oglądać a czego nie.
Ciekawe, że Kościół nie ma podobnych oczekiwań w stosunku do innych grup zawodowych. Od architektów wszak nie oczekuje się jakoś jedynie sakralnych projektów, od lekarzy, aby leczyli jedynie za pomocą "wkładania rąk"(pomijając ginekologów i położników... ups!), od piekarzy, aby piekli jedynie pieczywo opatrzone znakiem krzyża itd. itd.
W tym kontekście chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy.
Po pierwsze mając taki a nie inny stosunek do szeroko pojmowanej sztuki, chrześcijanie sami, na własne życzenie się zubażają! Stają się analfabetami ducha! Bóg włożył w nasze dusze potrzebę autorefleksji, refleksji, przeżywania, odreagowywania oraz piękna. Sztuka jest odwiecznym odzwierciedleniem tychże oraz im podobnych pragnień. Odzwierciedleniem i sposobem na ich realizowanie.
Zastąpienie autentycznego człowieczego przeżywania wszystkiego, co w danej chwili jest dla niego ważne przez - albo odmóżdżoną komercję (sprowadzającą sztukę do poziomu sprzedaży hot-dogów), albo poprawną ideologicznie twórczość "chrześcijańską" coraz bardziej czyni z nas barwnych pajaców, zdolnych tylko bezmyślnie naśladować, potakiwać i połykać przeżutą przez kogoś innego papkę. Nie dziwmy się, więc, że dla ciągle powiększającej się ilości homo-sapiens, kwestie potrzeby znaczenia, akceptacji, pozycji czy zwykłego poczucia bezpieczeństwa wynikają z nowo zakupionej "plazmy" lub "fury" a nie z szukania odpowiedzi na pytania typu:, "Kim jestem i dokąd zmierzam?... czy w ogóle, o co w tym wszystkim chodzi?"
Ale jest też "po drugie"!
Jeżeli jako chrześcijanie wierzymy, że nasz Bóg - Stwórca wszystkiego, godny jest naszej najwyższej chwały i czci, to jaką chwałę i cześć On otrzymuje raczony przez nas "artystycznymi wytworami", które na tzw. "rynku świeckim" zostałyby zwyczajnie wyśmiane?!!! Czy rzeczywiście z naszej strony uczciwym, a Jemu miłym, jest darzenie Go zwyczajną miernotą a później utrzymywanie, że przecież najważniejsze są intencje a On i tak patrzy na serce?!!! Gdzie byliby ze swoją twórczością Michał Anioł, Bach, Rembrandt i Lew Tołstoj gdyby do tego, co robili podchodzili w ten sposób?
Dlaczego - pytam się rozpaczliwie - nie ma we współczesnym Kościele refleksji - czy aby np. śpiewane na okrągło, mantryczne refreny, miast być miłe Zbawicielowi, przypadkiem nie wzbudzają u niego zwyczajnej odrazy? Ot choćby swoją beznadziejną wtórnością aranżacyjną i koszmarnym ubóstwem słownym?
Innymi słowy - chwalimy czy... obrażamy?!!!
Sztuka to mozół! Sztuka to ból ciągłego doskonalenia warsztatu, to niepokój zaglądania w siebie, wręcz strach zobaczenia rzeczy niechcianych a jednak prawdziwych. Sztuka to ryzyko odrzucenia, niezrozumienia. Sztuka to ciągły dyskomfort poszukiwania... Sztuka to ciężka praca!
Sztuka to mozół!!!
Niestety współcześnie Kościół popiera często słabą sztukę!
Dlaczego?!!!!!
Proszę - nie czyńmy z Boga prostaka!
Tomasz Żółtko
Kraków 10 06 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu edycji Towarzystwa Świętego Pawła)
"...[ Jezus ] przebywał na świecie i dzięki Niemu świat powstał, ale świat Go nie rozpoznał. Przyszedł do swego, swoi Go jednak nie przyjęli. Lecz tym wszystkim, którzy Go przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga - tym, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga."
Ew. Jana 1,10-13
Poznanie... rozpoznanie oraz przyjęcie Jezusa Chrystusa były i są po dziś dzień elitarne. Być może między innymi dlatego, że Bóg w niezrozumiałym dla nas stopniu ceni sobie pokorę. Jeżeli ktoś w Jego oczach chce być wielkim, musi najpierw stać się sługą, ponieważ to właśnie pokora (uniżenie, służba) poprzedza chwałę (por. Przyp.Sal.15,33; Ew.Mat.20, 26). Dla wielu współczesnych Chrystusowi nie do zniesienia były: miejsce Jego urodzin, pochodzenie, brak stosownego wykształcenia, niezrealizowanie politycznych aspiracji narodu, wreszcie - hańbiący koniec publicznej działalności. Pogardzili więc, zlekceważyli i... nie rozpoznali Mesjasza!
My dzisiaj teoretycznie jesteśmy w zdecydowanie bardziej uprzywilejowanej sytuacji. Posiadamy wiedzę o Logosie, o Światłości świata... Teoretycznie...
Lecz... co z tego?! - chciałoby się zawołać (w rozpaczy?). Bo otóż wiedza - sobie, a nasze przyzwyczajenia, kulturowe uzależnienia - sobie. Cóż z tego, że niewyobrażalny w swojej potędze Stwórca wszystkiego, co istnieje, powodowany miłością, upokorzył się, zszedł na "ludzki poziom", posłał Syna, który został obrazoburczo zwykłym człowiekiem, zabitym jak najpodlejszy złoczyńca, abyśmy my, odtąd uwolnieni od potępienia, mieli możliwość zostać współdziedzicami wołającymi do Boga: Abba - Ojcze?! (por. Rzym.8,14-17) Cóż z tego, że mamy możliwość kochać Go i być przez Niego kochani, że mamy do Niego nieskrępowany dostęp, że możemy rozmawiać z Nim, liczyć na Jego zrozumienie, wybaczenie - praktycznie kiedy tylko zechcemy? Podobnie jak dwa tysiące lat temu ta prawda jest zbyt obrazoburcza - kłóci się z naszym dumnym doświadczeniem, przerasta pyszną wyobraźnię, jest nie do zniesienia dla naszych egocentrycznych emocji!!!
Stworzyliśmy więc instytucje i pośredników mających niedostępnego i ukrytego gdzieś w zaświatach Pana Boga trochę udobruchać, trochę Go oswoić. Owe instytucje i owi pośrednicy mają prawo i stosowne kwalifikacje, żeby się u Najwyższego za nami wstawiać i żebrać o jakieś ochłapy Jego trudnej przychylności. Bardzo żeśmy się do nich przyzwyczaili... Do tego stopnia, iż zaczynają mylić nam się z samym Stwórcą. Patrzymy więc na np. seksualne upadki niektórych duchownych i zastanawiamy się: j a k i m jest Bóg, u którego t a c y ludzie mają "znajomości"? Patrzymy na ich zwierzchników, niewahających się przez lata oszukańczo ukrywać prawdę (nierzadko milczenie kupując za pieniądze) a dzisiaj ciągle niegotowych do pokuty i przeproszenia na całe życie skrzywdzonych ofiar i zaczynamy się bać, czy aby Bóg nie jest tak samo zakłamany, bezduszny i obojętny na krzywdę... na łzy...
No, ale jest też światełko w tunelu - wspaniały Jan Paweł II. Podziwiamy go do tego stopnia, że w ostatni Wielki Piątek, przypadająca w tym szczególnym dniu rocznica jego śmierci była dla nas Polaków po stokroć ważniejsza niż rocznica śmierci Zbawiciela Mesjasza - Jezusa Chrystusa!!! Wszystkie media zgodnie informowały o Janie Pawle, o Chrystusie zgodnie milczały! W koło słyszałem jak wszyscy bardzo kochamy "naszego papieża-Polaka", o miłości do umęczonego na krzyżu Dawcy Zbawienia nie zająknął się nikt...
Doprawdy - gdzie jest człowiek a gdzie Bóg?! Kto jest kim?!!!
Zdaję sobie sprawę z tego, iż pisząc te słowa straszliwie się narażam. Być może narażam nie tylko siebie, ale także moją rodzinę. (Na przykład moje dzieci na nieprzyjemności w szkole.) Całkiem prawdopodobne, że zatrzaskuję sobie teraz niejedne "koncertowe drzwi". Trudno... Pomimo tego, że się bardzo boję, chcę w tym miejscu desperacko wykrzyczeć: Nie kościół, nie duchowieństwo, nie Jan Paweł II, ale Jezus Chrystus i tylko ON ma prawo i moc dawać życie wieczne!!! "Lecz tym wszystkim, którzy Go przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga- tym, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga."( Ew.Jana1,12-13)
Szanowny Czytelniku, tych słów nie wymyśliłem ja, lecz napisał je Apostoł Jan, jeden z najbliższych współpracowników Jezusa. Kończąc więc - proszę wybacz śmiałość - chcę Cię zapytać: Co Ty na to? Kim dla Ciebie jest Jezus Chrystus? Które miejsce w Twojej hierarchii ważności ON zajmuje? Czy możesz o sobie powiedzieć, że "narodziłeś się z Boga", więc Chrystusa kochasz ponad wszystko, z całej swojej siły, woli i serca?
U kogo i gdzie - t a k n a p r a w d ę - szukasz zbawienia, miłości, dobra, sensu?
Kto jest Twoim (bogiem) Bogiem?
A może co...(nim) Nim jest?
PS.
Pragnę jeszcze dodać, iż:
Po pierwsze, wierzę w to, że skuteczność ofiary Jezusa Chrystusa jest wystarczająca, aby oczyścić p o k u t u j ą c y c h z każdego brudu, także z grzechu pedofilii i grzechu obłudy ukrywania tejże. Ofiara Chrystusa jest skuteczna również w przypadku mylenia Boga z człowiekiem...
Po drugie, ufam , że Chrystus chce i może uleczyć w s z e l k i e zranienia np. będące udziałem ofiar pedofilskich praktyk.
Po trzecie wreszcie, wyznaję, że sam jestem upadłym, (choć akurat nie w tej konkretnej dziedzinie) człowiekiem, który całe swoje zaufanie złożył w łasce Bożej. Nie czuję się więc w niczym lepszy od osób w felietonie w jakikolwiek sposób skrytykowanych.
Tomasz Żółtko Kraków 06 04 2010
(cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego Nowego Testamentu wydanego przez Ewangeliczny Instytut Biblijny - Liga Biblijna w Polsce Poznań-Bydgoszcz 2008)
"A faryzeusze... szemrali, mówiąc do Jego uczniów: Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami? Jezus im odpowiedział: Lekarz nie jest potrzebny zdrowym lecz chorym."
Łk.5,30-31
"Człowiekowi wydaje się, że każda jego droga jest prosta, ale PAN bada serce"
Przyp. Sal.21,2
Chociaż to nad wyraz ryzykowne - rozpocznę osobiście... Potrzebuję tego do dalszego wywodu.
Jestem grzesznikiem! Wstyd mi! Zdarzało mi się w życiu upadać... wielokrotnie... Zdarzało mi się czynić zło. Krzywdzić ludzi. Mówić głupie i okrutne rzeczy. Czasem "tylko" niepotrzebne. Holender!!! Zdarza mi się do dzisiaj!!! Zdarza mi się nawet w stosunku do tych, których kocham...
Szczególnie jeden upadek stanowił dla mnie katastrofę totalną... Byłem wtedy bardzo młody, snułem plany, życie stało przede mną otworem. I... wszystko się zawaliło. W przeciągu kilku tygodni, z dobrze zapowiadającego się, ambitnego studenta stałem się wrakiem człowieka. Pamiętam komentarze sporej (doprawdy sporej...) części moich znajomych: "No teraz to już przesadziłeś. Nie dźwigniesz się z tego! Nie chcemy mieć z Tobą nic wspólnego. Nie spełniasz naszych moralnych kryteriów. Niedopuszczalnie zaniżasz chrześcijańskie standardy. Jesteś n i k i m !!! Spadaj!!!"
Nikt nie chciał choćby próbować zrozumieć, d l a c z e g o stało się, to co się stało i, że być może nie ja jestem przede wszystkim winien...
Nie chcę rozdzierać szat, ale to był trudnowyobrażalny koszmar. Myślałem wtedy, że nie dam rady. Byłem jak trędowaty. Gorzej niż podłogowa szmata...
Jeżeli dzisiaj - po dwudziestu paru latach od tamtych dni, jestem tym, kim jestem - to tylko dlatego, że Miłosierny postawił (rzekłbym - w ostatniej chwili) na mojej drodze kilkoro ludzi, którzy potrafili we mnie dostrzec nie tylko zło, ale także p o t e n c j a ł dobra. I uratowali mnie... Raczej - Bóg poprzez nich mnie uratował.
Jest coś takiego w naszej chrześcijańskiej (pseudochrześcijańskiej?!!! - sic!) naturze, że za wszelką cenę chcemy rozprawiać się ze złem tego upadłego świata. Cierpimy, obrażamy się, protestujemy, walczymy, potępiamy, głosimy sąd, egzorcyzmujemy, stajemy na straży wartości, bronimy ich ostatnich rubieży... I zazwyczaj na tym nasza inwencja i święty zapał się kończą. Nie dostrzegam bowiem zbyt wielu takich, którzy oprócz mówienia "nie", proponują coś w zamian, jakąś pozytywną alternatywę. Rodzi się pytanie - czy w chrześcijaństwie bardziej chodzi o to, by się przeciwstawiać złu, czy aby czynić dobro?
Sporo czytałem ostatnio protestów odnośnie planowanej na lato w Warszawie, homoseksualnej "parady równości". Ileż w nich napiętnowania, oburzenia, przytaczania dowodów o kompletnym upadku moralności. Z jednej strony rozumiem to. Homoseksualiści często prowokują (nierzadko w wyuzdany sposób) heteroseksualistów do takich właśnie zachowań a potem lamentują, że przytłacza ich homofobia i nietolerancja. Jednak... co chrześcijanie zyskują, podbijając jeszcze bardziej ten bębenek? Jasne, można ziać gniewem np. na Eltona Johna, twierdzącego publicznie, że "Chrystus musiał być gejem". Rzeczywiście, nóż się otwiera w kieszeni, więc można się oburzać, podawać go do sądu za obrazę uczuć religijnych, no w ogóle załamywać ręce... Ale też można się o niego modlić i zastanawiać co powinno się zrobić, żeby choćby spróbować zasugerować jemu i innym, że obraża on Tego, kto go n a p r a w d ę kocha i chce mu pomóc.
Chciałbym tych wszystkich kontestujących planowaną paradę, podpisujących protesty i wpisujących się na stosowne strony internetowe - zapytać: Modlicie się o tych ludzi? Czy im w imieniu Chrystusa dobrze życzycie? Czemu w Internecie są "chrześcijańskie strony" mówiące z całą stanowczością " nie - dla parady równości" ,a nie ma ani jednej, która stanowiłaby forum wymiany myśli - jak możemy tych ludzi p r ó b o w a ć inspirować Jezusem? Żeby sami zobaczyli, że nie mają racji...
A czemu nie ma ani jednej internetowej strony piętnującej np. plotkarstwo?
Apostoł Paweł napisał kiedyś: " Czy nie wiecie, że niesprawiedliwi nie otrzymają królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani zachłanni, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie otrzymają królestwa Bożego." (I Kor 6,9-10)
Zwracam uwagę, że Paweł stworzył listę grzechów, gdzie homoseksualizm jest wymieniony jako jeden z... Nie jest grzechem ani cięższym ani lżejszym od pozostałych. Bądźmy więc konsekwentni i twórzmy strony internetowe kontestujące - oprócz plagi plotkarstwa, koszmarnie wyniszczającej kościoły (czy przesadzam?) - także np. współżycie przedmałżeńskie młodzieży chrześcijańskiej (eksperymentującej w tej materii też na tzw. obozach ewangelizacyjnych), współpracę chrześcijan ze służbami specjalnymi PRL, głoszących "ewangelię sukcesu", niepłacących uczciwie podatków itd. itd.
Czemu nie ma takich stron?!!!
Proponuję - nie walczmy o pokój, ale czyńmy go. Mniej walczmy ze złem, więcej czyńmy dobra. Jeżeli nie zgadzam się z Owsiakiem (patrz moje ostatnie pisanie...), to zwyczajnie nie daję mu pieniędzy, a nie od razu wytaczam armaty i w zacietrzewieniu wchodzę w egzotyczne sojusze z ludźmi o ewidentnie złej woli. Jeżeli nie podoba mi się Przystanek Woodstock, to go nie wyklinam od czci i wiary ale przykładam rękę np. do SLOT ART FESTIWALU - imprezy alternatywnej, prowadzonej przez chrześcijan...
Zamiast pisać protesty w sprawie parady gejów i lesbijek, pilnujmy przestrzegania prawa i egzekwujmy (jeżeli trzeba, to nawet w sądach), żeby nie było na niej np. szkodliwej i obraźliwej obsceniczności. Ale nie zamykajmy im ust i możliwości wyrażania przekonań. Ot choćby dlatego, żebyśmy my mieli możność publicznie twierdzić, dlaczego uważamy homoseksualizm za praktykę z naszego punktu widzenia grzeszną i nie do zaakceptowania. Przede wszystkim zaś też dlatego, żebyśmy nie odbierali sobie moralnego prawa pokazywania tym ludziom kochającego ich Zbawiciela świata. Całego świata... Także tej jego homoseksualnej części...
Na swojej stronie, na Facebooku napisałem: " Grzeszny świat obśmiewa i dyskryminuje chrześcijan. Chrześcijanie potępiają grzeszny świat. Grzeszny świat obśmiewa i dyskryminuje chrześcijan. Chrześcijanie z całą mocą potępiają grzeszny świat. Diabeł ma ubaw..."
Podtrzymuję to!
Tomasz Żółtko
Kraków 23 02 2010
(cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego wydanego przez Towarzystwo Świętego Pawła)
PS.
Sporo lat temu, w Krakowie, zupełnie przypadkiem zderzyłem się na spacerze z ówczesną "paradą równości". Mogłem więc obserwować co się działo. A działo się...! Młodzież Wszechpolska, mając na ustach bardzo szlachetne hasła, regularnie próbowała obrzucać paradę, kuflami do piwa. Byłem bliski, żeby się przyłączyć do gejów...
tz
"Mądrzy ukrywają swą wiedzę, natomiast usta głupca szerzą zagładę."
Przyp. Sal. 10; 14
Na Facebooku jest strona zrzeszająca osoby wrogo nastawione do Jurka Owsiaka i zwalczające jego WOŚP. Odkryłem ją dzisiaj. Przypadkiem... Na dosyć pokaźne grono jej fanów ( ok. 600 ) składają się rzecz jasna zwolennicy o. Rydzyka, zaś oprócz nich - najprzeróżniejszych odcieni skrajni konserwatyści ( aż po krypto nazistów ) oraz ... grupa fundamentalnych i charyzmatycznych chrześcijan. W sumie bardzo oryginalne towarzystwo.
Wypowiedzi na stronie - rzekłbym - standardowe. A to że Owsiak szerzy libertynizm obyczajowy, a to że jest na pasku żydowskiej masonerii Adama Michnika, a to że popierają go zaprzedane wrogom Ojczyzny, "polskojęzyczne" media, a to że jest źle nastawiony do wyznawców Chrystusa itd. itd.
Nie jestem przesadnym fanem Owsiaka. Nie wpadam w cielęcy zachwyt słuchając jego różnych wywodów, nie powalają mnie jego okulary ani żółta koszula. Jednak... zastanawiam się jakie dobro chcą osiągnąć Ci, którzy go w nienawistny sposób traktują. Czy w Polsce byłoby lepiej gdyby, kiedyś tam Owsiak nie wpadł na pomysł ogólnonarodowej zbiórki na leczenie różnorakich chorób? Czy szpitale, opierając się na budżetowym finansowaniu, mogłyby kupić tyle samo specjalistycznego wyposażenia? No i czy kilkanaście milionów Polaków, co roku ofiarowujących Wielkiej Orkiestrze małe i duże pieniądze, stanowi zmanipulowaną masę naiwnych, romantycznych półgłówków?
Więc o jakie dobro chodzi?!!!
Albo inaczej. Jaką realną alternatywę chcą i mogą zaproponować Ci, dla których Owsiak jest diabłem wcielonym? Ile pieniędzy i na co potrafią zebrać?
W Polsce przeraża mnie ogrom bezinteresownej nienawiści. Ogrom fanatyzmu i sfrustrowanego zakompleksienia. Żeby się trochę lepiej poczuć, trzeba koniecznie drugiemu rzygnąć prosto w twarz... Nawet podpierając się Duchem Świętym!
"Usta głupca szerzą zagładę" - napisał kiedyś Salomon. Myślę, że wspomniana strona wykonuje dokładnie taką robotę. Gratuluję.
Tomasz Żółtko
Kraków 15 02 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego wydanego przez Towarzystwo Świętego Pawła)
"Gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra..."
Przyp.Sal.19,2a
Uwaga - będzie sarkastycznie!
Dzisiaj (tj. 29.12. 2009r.) rano Chiny wykonały wyrok śmierci na chorym psychicznie obywatelu Wielkiej Brytanii - Akmalu Shaikhu, skazanym na tę karę za "zbrodnię" przemytu czterech kg heroiny na teren Chińskiej Republiki Ludowej. Protestował cały zachodni świat, protestował premier Gordon Brown, organizacje praw człowieka - wszystko na nic! Człowiek został zastrzelony. Pierwszy Europejczyk od ponad pięćdziesięciu lat...
No cóż... być może powinniśmy docenić humanitaryzm tego wyroku. Szybka, krótka śmierć. Mogli mu przecież najpierw wyłupić oczy, odciąć język, potem przerzynać piłą...
Europa zasłużyła sobie na takie traktowanie. Chinom od dziesięcioleci bezkarnie "wolno" dokonywać masowych mordów na walczących o wolność Tybetańczykach, niewolniczo wykorzystywać własnych obywateli, zmuszając ich do pracy w nieludzkich warunkach i płacąc im grosze, wyrzucać na bruk dziesiątki..., może setki tysięcy ubogich mieszkańców Pekinu, gdyż ich domy i mieszkania przeszkadzały w budowie najwspanialszych i najokazalszych na świecie olimpijskich obiektów sportowych... Unia Europejska i Stany Zjednoczone zaś z wymiotną hipokryzją, od co najmniej dziesięciu lat zgodnie utrzymują, że należy oddzielać wymianę handlową z Chinami od moralności ( czytaj: od upominania się o respektowanie praw ludzkich w państwie środka ).
Rzecz jednak nie sprowadza się tylko do wielkiej polityki, ale dotyka także każdego z nas. Bo przecież - tak naprawdę i bez "ściemy", to mamy głęboko w dupie los jakichś tam np. Tybetańczyków. Tak naprawdę to nieustająco ważne są dla nas tanie trampki, podkoszulki i komputery z Chin. No - liczyła się także frajda
oglądania transmisji z olimpiady, czego najlepszym dowodem były zachwyty nad jej "najwspanialszą w nowożytnych dziejach oprawą" - wyrażane przez niektórych naszych obrzydliwie konformistycznych, bezrefleksyjnych komentatorów sportowych...
Skąd więc teraz załamywanie rąk, że Chińczycy nie licząc się z nikim, pozbawili na stałe tętna i oddechu, jakiegoś tam Brytyjczyka...?!!! Poczekajmy jeszcze kolejnych dziesięć lat, a oni ( korzystając z niewolniczej pracy milinów ) wykupią większość państwowych obligacji USA i krajów UE i do spółki z rozmnażającymi się jak króliki wyznawcami Allaha, skolonizują nas i ubezwłasnowolnią w naszych własnych domach.
Jeśli nie zmądrzejemy...
Jednak kogo to dzisiaj w Polsce obchodzi i porusza...?
Oferowana przez nas chrześcijańska odnowa moralna nie dosięga pogańskich poddanych Dalajlamy. Zainteresowanie ekonomią kończy się na opłotkach upadłych ( oczywiście z winy Tuska ) stoczni.
My bronimy krzyża!!! Na czele z Panem Prezydentem, który ( wsparty autorytetem wysokich purpuratów ) publicznie zadeklarował, że nikt nigdy w naszej Ojczyźnie krzyża nie zdejmie. Na przekór obrzydliwym ateistom, europejskim trybunałom - krzyż w polskich urzędach i szkołach pozostanie!
Cóż za ulga! Gołym okiem bowiem widać, że odkąd krucyfiksowi przywrócono nad Wisłą publiczny status ( publiczne wiszenie? - sic !!! ), jak ręką odjął ustąpiły nasze narodowe plagi ( np. pijaństwo, korupcja, przemoc w rodzinie... ), urzędnicy w jego cieniu obsługują nas bez porównania szybciej i kulturalniej, dzieci w szkołach stały się grzeczniejsze i inteligentniejsze, zaś parlament - odkąd w nim także zawisł ów symbol - nieprzerwanie zadziwia mądrością, łagodnością, refleksyjnością, umiłowaniem Polski i Polaków oraz wieloma równie doniosłymi cnotami naszych posłanek i posłów. Wszystko dzięki krzyżowi...
Tylko od czasu do czasu, ktoś zdobędzie się na bezczelność i zapyta o Chrystusa w sercach... Niemądry!!! On przecież na krzyżu... na poczcie, w ZUS-ie, szkole, Sejmie...
Dosłownie za parę chwil minie kolejny rok. Egoistycznie zastanawiam się czego powinienem sam sobie życzyć na następny. Może wyjazdu do Nowej Zelandii? To kraj pięknych krajobrazów ( wystarczy obejrzeć ekranizację trylogii Tolkiena ), wspaniałej przyrody. Zamieszkuje go relatywnie niewielu mieszkańców, zgodnie niebroniących krzyża... Za to na głowę każdego z nich, statystycznie przypada po parę owiec. A owce to miłe i dobre stworzenia, zgodnie z dawnym refrenem, który trzydzieści lat temu musiałem śpiewać na kościelnych obozach wakacyjnych:" ...nie chcę być faryzeuszem - wolę owcą być, beeeeee !!!"
Tak więc wszystkiego najlepszego w nowym roku!
Tomasz Żółtko
Kraków 29 12 2009
cytat biblijny
zaczerpnięty z Biblii Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego
"Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, świadkiem mi jest w sumieniu Duch Święty: odczuwam ogromny smutek i ustawiczny ból w moim sercu. Gotów byłbym dla braci moich być wyłączonym i pozostawać z dala od Chrystusa. Są to przecież rodacy moi według ciała, Izraelici, którzy cieszą się przybranym synostwem i chwałą, przymierzem, Prawem, pełnieniem służby Bożej i obietnicami. Ich są ojcowie, z nich narodził się według ciała Chrystus, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki."
Rzym.9;1-5
No, no... Niezwykłe wyznanie, czyż nie?! Co prawda apostoł Paweł chwilę wcześniej pisze o tym, że nic jest w stanie odłączyć go od miłości Jezusa, ale zaraz potem oświadcza ( w autorytecie Ducha Świętego - sic! ), że byłby gotów sam się poświęcić, żeby tylko jego zacietrzewieni religijnie rodacy mogli zostać zbawieni. Gdyby tych słów użył ktoś inny, pomyślałbym, że są to takie egzaltowane dyrdymały... Jednak to sam Paweł przecież... I do tego powołujący się na Ducha Świętego!
Z drugiej strony - dlaczego ten tekst brzmi dla nas dzisiaj tak bardzo egzotycznie?
Czy aby "tresowani" wszechobecną reklamą, nieustająco stymulującą naszą potrzebę posiadania, podobnie nie zaczynamy traktować chrześcijaństwa? Samego Boga? Decydujemy się stanąć po stronie Mesjasza, ponieważ w zamian pragniemy m i e ć Jego miłość, zbawienie, moc, dary, udane życie, zdrowie itd. itd.
"Chrystusie, ok! Zgadzam się na Twoją łaskę, zgadzam się wyznać Cię moim Panem - jednak w zamian chcę stać się właścicielem tego wszystkiego, co wynika z Twojej ofiary." Taki swoisty barter... Trochę jak w czasach przyjaźni polsko-radzieckiej: ZSRR bierze od Polski statki. W zamian za to Polska daje mu węgiel, pszenicę, ziemniaki itd.
A przecież podobno chodzi o to, by... k o c h a ć !!!... Boga ponad wszystko, a drugiego człowieka podobnie jak samego siebie. Rzecz jasna można mieć oczekiwania od osoby kochanej, ale nikt, kto nie jest cynikiem i kocha naprawdę nie będzie miłości traktował w kategoriach handlu wymiennego.
Apostoł kochał swoich rodaków i był gotowy do trudno wyobrażalnych poświęceń, po to by mogli oni rozpoznać w Jezusie z Nazaretu oczekiwanego Mesjasza. A pisze on wszak o ludziach, którzy go prześladowali, kamieniowali, szykanowali.
Czy to nie powinno zawstydzać? Nas - strzegących n a s z e g o zbawienia, zabiegających o powodzenie n a s z e g o kościoła i interesujących się losem jedynie n a s z y c h najbliższych...
Jednak można też inaczej. Można się stawać coraz bardziej szlachetnym altruistą, po to żeby Stwórcy ciągle coś udowadniać ( Spójrz Panie Boże jak się staram. Nie jestem taki zły... Proszę doceń to jakoś... ). Można usilnie próbować zaskarbić sobie Jego życzliwość, leczyć własne lęki, niepewność jutra lub walczyć o wyższą pozycję - kiedyś w niebie.
Poświęcam się dla innych, ponieważ chcę p o s i ą ś ć spokój sumienia. Móc lepiej zasypiać... Są tacy, którzy gotowi są dawać wielkie pieniądze na piękne i dobre cele głównie... ( tylko...? ) dlatego, ponieważ liczą na to, że Bóg w z a m i a n będzie czynił ich jeszcze bardziej bogatymi.
Czy Paweł miał podobne motywacje?
W jakiego Boga wierzymy; jakiego Boga znamy - jeżeli do poświęceń popychają nas takie i podobne im pobudki? Czy bylibyśmy szczęśliwi gdyby w podobny sposób traktowały nas, np. nasze dzieci?
Wypowiedź Apostoła Pawła zawiera jeszcze jeden "smaczek". Myślę, że ważny szczególnie w polskiej rzeczywistości. Otóż pisze on o Żydach! Nie o jakimś tam narodzie. Pisze o Narodzie Wybranym, o Żydach. Dla ich zbawienia gotów jest zrezygnować z własnego, pomimo nierzadkich przejawów nienawiści z ich strony. Jest na to gotów nie tylko dlatego, że sam jest Żydem i rzecz dotyczy jego rodaków. Gotowość Pawła wynika także ( przede wszystkim...? ) z tego, iż Izraelowi zostały powierzone największe Boże obietnice i z niego wywodzą się najwięksi Boży faworyci na Mesjaszu ( w Jego ludzkim wymiarze) i apostołach kończąc. Jakże odległa jest wiedza o tym i świadomość tego od wielu współczesnych Polaków. Koronują oni Chrystusa, jeszcze częściej Jego matkę ( też przecież Żydówkę - sic! ), na króla i królową Polski i jednocześnie widzą Ojczyznę spętaną siecią żydowsko-masońskich spisków. Winią Żydów za wiele swoich niepowodzeń i są zdecydowani częściej ich nienawidzić niż być gotowymi do najmniejszych choćby poświęceń na ich rzecz.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z niewielkiej oryginalności powyższej konstatacji, ale nie mogę się także oprzeć wrażeniu, iż ciągle problem należy w moim Kraju do tych nabrzmiałych i nieustająco aktualnych...
Tak więc... Co rzeczywiście w nas siedzi? We mnie i w Tobie Czytelniku. Jeżeli od czasu do czasu ( i nie oszukujmy się - nie dzieje się to przesadnie często) decydujemy się dać coś z siebie drugiemu człowiekowi - to dlaczego? Co chcemy w takich sytuacjach osiągnąć i na co liczymy? W dobie, kiedy coraz większego znaczenia nabierają rzeczy i sprawy dostrzegalne na pierwszy rzut oka - nowy samochód, zdolność głoszenia błyskotliwych kazań, wypychający skąpy stanik silikonowy biust, elegancka rezydencja i gabinet na najwyższym piętrze drogiego biurowca.
Albo... gdy tkwimy mocno w kulturowym konwenansie odmalowującym w naszych duszach upiorny obraz Boga beznamiętnie odmierzającego na szalach nasze dobre i złe uczynki.
Poza wszystkim zaś, czy Apostoł Paweł był fanatykiem, oszołomem czy pełnokrwistym mężczyzną, wiedzącym, o co tak naprawdę chodzi?
Tomasz Żółtko
Kraków 25 08 2009
Cytat biblijny zaczerpnięty z Nowego Testamentu w tłumaczeniu ks. Kazimierza Romaniuka
Roman Vishniac był znakomitym fotografem a także... Żydem niemieckiego pochodzenia.
W latach 1933 - 1939, przeczuwając nadchodzącą hekatombę, odwiedzał z aparatem w ręku żydowskie dzielnice polskich miast i dokumentował codzienną egzystencję ich mieszkańców.
W 1939 roku krótko przebywał także w Warszawie, gdzie, między innymi, sfotografował małą, dziesięcioletnią Sarę. Sara pochodziła z bardzo ubogiej rodziny. Jej rodziców nie stać było, by kupić dla niej ciepłe buty, stąd Sara całą zimę pozostawała w domu. Mało tego. Piwnica, w której stało jej łóżko, nie była ogrzewana. Dziewczynka większość czasu spędzała więc pod pierzyną... Ojciec, chcąc podtrzymać w dziecku nadzieję doczekania ciepłych, bardziej radosnych dni, namalował na ścianie nad jej posłaniem wielki bukiet wiosennych kwiatów...
Roman Vishniac przeżył II Wojnę Światową. W jakiś czas po jej zakończeniu przyjechał ponownie do naszej stolicy. Próbował znaleźć wspominane miejsce, jednak bezskutecznie. Po powstaniu w getcie, budynku w którym mieszkało dziecko i jego rodzice - już nie ma. Małej Sary też...
Pozostało wzruszające zdjęcie. Kreśląc te słowa mam je właśnie przed sobą. Niezwykłej urody, rozczochrana dziewczynka, wielkimi, pięknymi oczyma wpatruje się lekko zalękniona w obiektyw. Za nią na ścianie widnieje pokaźny bukiet wiosennych kwiatów...
Napisałem utwór o Sarze. Jest już gotów. Zapewne ukaże się na mojej najnowszej płycie. Póki co, zamieszczam jego tekst. Ośmielam się to zrobić, gdyż pisząc go, po raz kolejny uświadomiłem sobie, iż obojętność wobec zła czyni nas z a w s z e współodpowiedzialnymi!
Wielu moich rodaków nie dopuszcza tego do świadomości...
SARA
sł.i muz. TŻ
I
Zima a tu butów brak
Pokój dziecka niczym cały świat
Pod pierzyną bose stópki dwie
W oczach strach, że przyjdą wkrótce skrzywdzić mnie
Miłość rodziców przestała zamkiem wielkim być
Jego mury kruszą źli...
Inny - straszny postawili wokół, tuż
by błękitu oczu strzec...
Co powiedzieć dziecku w taki czas?
Co dlań zrobić, jakim być?
Namalować kwiaty, kwiatem się stać!
Zbudzić nadzieję, że wiosna przecież kiedyś musi przyjść...
... A może nie...?
Mała Sara więcej nie ujrzała jej
Jak dziś wytłumaczyć to
w bezkrólewiu dusz?
Ref.
Saro, Saro
jest mi wstyd!
Obojętność gettem w sercu mym!
Po niewczasie burzę hańby mur
Saro, Saro
wybacz mi...!
II
Zima a tu butów brak
Nienawiść zawsze rodzi biedę nam
Pod pierzyną bose stópki dwie
Kim byłbym żyjąc obok niej?
Rasa panów piekło rozpaliła w nas
Nikt nigdy nie dogasił drew...
Za to mury stoją, stoją wokół, tuż
żeby ciągle ktoś się bał...
Co powiedzieć dzieciom w taki czas?
Co dla nich zrobić, jakim być?
Namalować kwiaty, kwiatem się stać!
Zbudzić nadzieję, że wiosna przecież kiedyś musi przyjść...
... Właśnie tak...!
Z małą Sarą będąc za pan-brat
Tak bardzo pragnę wytłumaczyć to
w bezkrólewiu dusz...
Ref.
Saro...
III
Zima - na śnieg nijak wyjść
Pokój dziecka zamieniony w pył
Dziś chcę Sarze nowe buty dać
Połykając łzę...
Tomasz Żółtko
Kraków 13 05 2009
PS.
Do napisania zainspirował mnie przeciekawy człowiek - Waldemar Radacz. Ksiądz ewangelicki..., że się tak w przenośni wyrażę - "na uchodźctwie"...
Waldku - dzięki!!!
Zdjęcie Sary zaś można obejrzeć. Najłatwiej kupując wspaniałą książkę Marka Edelmana
"I była miłość w getcie". Sara jest na okładce...
Tomasz Żółtko
„…[ Jezus ]… wstał od stołu, złożył swe szaty, wziął prześcieradło i
przepasał się nim. Potem napełnił naczynie wodą, zaczął umywać uczniom
nogi i ocierać je prześcieradłem, którym był przepasany… …Kiedy już
umył im nogi … wrócił na swoje miejsce przy stole i zapytał ich: Czy
wiecie, co oznacza to, co wam uczyniłem? Wy nazywacie mnie Nauczycielem
i Panem. Dobrze mówicie, bo jestem nim. Jeżeli wobec tego ja, Pan i
Nauczyciel wasz, umyłem wam nogi, to czyż wy nie powinniście sobie
nawzajem nóg umywać? Zostawiłem wam przykład, żebyście sobie nawzajem
to czynili, co ja wam uczyniłem… …Postępujcie… zgodnie z tym, a będziecie szczęśliwi.” J 13,4-5; 12-15; 17b
Oto
Jezus Chrystus – Mesjasz – w całej swojej boskości i chwale!!! Półnagi,
przepasany prześcieradłem, nisko pochylony przed szarymi, zwyczajnymi
ludźmi i myjący im zakurzone… przepocone stopy! Oto kto dla Boga jest
wielki! Oto co dla Boga jest wielkie!
Od tego zdarzenia mija dwa
tysiące lat. Jesteśmy jako chrześcijanie doskonale,
teoretycznie„uzbrojeni” we wnioski zeń płynące a jednak… słowa
Nauczyciela, jego półnagie ciało i pochylenie, no i wreszcie ta
miednica z brudną wodą… niezmiennie stanowią dla nas coś w rodzaju
nieakceptowalnego w praktyce skandalu. Bo przecież,
tak n a p r a w d ę odnajdujemy w sobie
zupełnie inne pragnienia i tak n a p r a w d ę
skojarzenia z wielkością mamy diametralnie inne… Pomimo, że gdzieś tam
z tyłu głowy obijają nam się
zdania: „… Kto by wśród was chciał
być wielkim, niech będzie waszym sługą, a kto by chciał stać się
pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn człowieczy
również nie przyszedł po to, żeby Mu służono, lecz żeby służyć i oddać
swoje życie na okup za wielu.” Mk 10,43b-45
Bywamy więc wewnętrznie rozdarci i jeżeli cynizm nie zabił jeszcze naszych sumień, to owo rozdarcie, boleśnie nam dokucza… Dlatego
próbujemy sobie z nim jakoś radzić. Tyle że często
próbujemy s a m o d z i e l n i e … no i wychodzą nam różne
kwiatki - tyleż groteskowe co żałosne. A to w kościołach, w Wielki
Czwartek, na oczach kamer i tłumów hierarchowie ( przyodziani
bynajmniej nie w „pokorne” prześcieradła lecz kosztujące majątki
liturgiczne szaty ) polewają odrobiną wody, odmoczone wcześniej stopy
starców ( co samo w sobie jest może nawet ładnym gestem, ale z tym co
uczynił apostołom Chrystus doprawdy nie mającym wiele wspólnego … ), a
to zwyczajowo zaczęliśmy nazywać „usługiwaniem” najbardziej prestiżowe
aktywności w Kościele ( np. mówienie kazań ) i do tego jeszcze
utrzymujemy, że są one tak samo doceniane przez ogół jak np.
sprzątanie, zmywanie naczyń itp; a to oficjalnie utrzymujemy, że
wszystkie Dary Duchowe są tak samo potrzebne, jednocześnie – dziwnym
trafem – zdecydowanie preferując te najbardziej spektakularne itd. itd.
I tak rodzi się karykatura…
Bo
n a p r a w d ę - to wiemy, że wielkimi są
błyskotliwy ewangelista a nie pomywacz, sławny artysta gospel a nie
sprzątacz toalet, namaszczony prorok a nie pielęgniarka w domu starców…
Czy się mylę? Bo
też kogo sadzamy na pierwszych, najbardziej zaszczytnych i
wyeksponowanych miejscach w naszych kościołach? Kogo oficjalnie
witamy? Komu się pierwsi nisko kłaniamy? Kogo
podziwiamy? Wreszcie – co nam imponuje i kim pragniemy być?
… w Kościele… wśród naśladowców Tego, co kiedyś zgięty nisko, z miską
wody… uczniom mył nogi…
Zdaję sobie sprawę, iż pisząc o tym
łatwo popaść w demagogię. Znam próby udowodniania – na podstawie
wielkoczwartkowej historii, że woźny powinien być ważniejszy od
dyrektora… salowa od ordynatora… Nie chcąc zajmować się bzdurami, powiem wprost – dla Chrystusa liczy się nasza postawa. To takie banalne… To takie trudne!!!
Ileż
ludzkich zranień, ileż niekończących się podziałów, odejść od wiary,
ileż klątw i obelg wynikło i wynika z niezdrowych ambicji, chęci
znaczenia, podziwu, ślinienia się na myśl o rządzie dusz - ludzi
mieniących się s ł u g a m i Kościoła…
Pragnących podobno służyć… A ileż towarzyszy temu zapewnień, że przecież chodzi o czystość nauki, właściwe duszpasterstwo… o Ducha Świętego… o rozwój… Przeraża mnie to.
Jest
jednak w przytoczonym, ewangelicznym tekście coś także dla mnie
niezwykle krzepiącego. Widzę w nim bowiem Chrystusa nie brzydzącego się
człowieczeństwem takim, jakim ono jest – nawet jeżeli jest brudne i
przepocone ( w sensie dosłownym i przenośnym ). Widzę w nim Chrystusa
niebrzydzącego się mną – grzesznym marnym człowiekiem… Człowiekiem o
bardzo kiepskim życiorysie, z bardzo często niezdrowymi ambicjami i
dążeniami. Ten tekst pokazuje mi Jezusa, który nie tylko ode mnie
wymaga pokory, ale który jest ( także wobec mnie!!! ) pokornym. Dzięki
Niemu nie muszę więc beznadziejnie wdrapywać się na niedostępne wyżyny
boskiej świętości, żeby Mu udowodnić, ze jednak nie jestem taki zły.
Wystarczy, gdy ( …tylko… aż – sic!!! ) zegnę mój krnąbrny kark, zacznę
innych uważać za bardziej godnych… ważnych i będę im służył w Jego
imieniu. To takie banalne… To takie trudne!!!
Chrystusie –
dziękuję za Twój przykład pokory. Chcę być do Ciebie podobnym. Proszę
pomóż mi! A także strzeż mnie przed p o z ą
służenia, przed bełkotem wystudiowanych i haniebnie kłamliwych rytuałów
i świętoszkowatych zapewnień. Potrzebuję przemiany umysłu, abym chciał
i potrafił żyć według Twoich standardów oraz w oparciu o nie postrzegać
innych. Pomóż być pokornym n a p r a w d ę. Znajdować w pokorze szczęście. Amen.
Tomasz Żółtko Kraków 03 01 2009
cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego Nowego Testamentu w przekładzie ks. Kazimierza Romaniuka
„I wydała na świat Syna
pierworodnego, owinęła Go w pieluszki i złożyła w żłobie, bo
zabrakło dla nich miejsca w gospodzie.”
Łk.2,7
Fascynuje mnie w Bogu
oryginalność
Jego działania – wkraczania w historię – oraz, jakby to
zabrzmiało niezręcznie… godna pozazdroszczenia suwerenność w
podejmowaniu decyzji. Pominę fakt, że narodzenie Chrystusa, w
takich a nie innych okolicznościach, od dwóch tysięcy lat
przypomina nam, iż dla Boga pokora ma znaczenie kapitalne; nie do
przecenienia wręcz. Niby wszyscy chrześcijanie o tym wiedzą, ale
jak przychodzi co do czego, to i tak bierze w nas górę przekleństwo
potrzeby bycia ważnym, docenionym, przynajmniej zauważonym ...
Chciałbym raczej
zwrócić uwagę na
to, że postanowienie posłania swego jedynego Syna na świat –
gdzieś do mało znaczącej prowincji, do obrazoburczo zwykłej…
plebejskiej rodziny i wreszcie Jego urodziny w stajni ( patrz:
Fil.2,5-8 ) świadczą o tym, że Bóg podejmuje absolutnie suwerenne
decyzje, kierując się wyłącznie tym, co On uznaje za właściwe a
nie np. tym „co ludzie powiedzą”.
Panie – co też ludzie
powiedzą?!!! U nas się tak nie przyjęło! Do czego to podobne! Żeby
pozwolić…
co tam – samemu wybrać... własne dziecko urodzone w stajni!!! To
jest n i e n o r m a l n e !!!
Oto przykład
doskonałej i mądrej
wolności Stwórcy. Wiedział, co będzie najlepsze i wybrał.
Mógł tak uczynić, bo
jest doskonale
wolnym Suwerenem i dysponuje tą fascynującą dla mnie autonomią w
decydowaniu.
Apostoł Paweł napisał
kiedyś:
„Chrystus nas oswobodził po to, żebyśmy byli rzeczywiście
wolni. Trwajcie więc w tej wolności i uważajcie, żeby nie popaść
na nowo w niewolę.” ( Gal.5,1 ) To jest jeden z owoców Bożego
planu zbawienia – posłania Jezusa na świat – wolność dla
naśladowców Mesjasza. Najbliższy kontekst listu do Galacjan
wskazuje na uwolnienie od wymogów Prawa żydowskiego, myślę
jednak, iż nie będzie nadużyciem teza, że chodzi też o wolność
rozumianą szerzej. Wolność do szukania Bożej woli. Szukania u w o l n i o n e g o
od martwej
tradycji, celebry, przyzwyczajenia, skostniałego konwenansu –
słowem tego wszystkiego co zawiera się w panicznym stwierdzeniu:
„Ale co ludzie powiedzą?!!!” Albo: „Czy to wypada?!!!”
Chcę być dobrze
zrozumiany. Pisząc
te słowa nie zamierzam lansować niedojrzałego nonkonformizmu lub
taniego skandalizowania. Chodzi mi o prostą refleksję, że jeżeli
Bóg kierowałby się obawami wynikłymi z ludzkich powierzchownych –
czasem beznadziejnie głupich opinii – to Jezus nigdy nie
przyszedłby na Ziemię aby ratować nas przed potępieniem!
Wyciągajmy z tego praktyczne wnioski! Dzięki Chrystusowi możemy
być wolni, możemy na nowo cieszyć się własną, niepowtarzalną i
niepodrabialną autonomią. Każdy z nas!!! Szukając Bożej mądrości
i pełni Ducha Świętego korzystajmy z tej autonomii roztropnie ale też i
odważnie! Jak
bowiem współcześni Jezusowi Żydzi w większości nie rozpoznali w
Nim oczekiwanego Mesjasza, ponieważ między innymi ich
przyzwyczajenia nakreśliły Jego diametralnie inny wizerunek, tak i
my dzisiaj możemy się z Nim tragicznie rozmijać stawiając na
pierwszym miejscu niewolnictwo naszej religijności i obyczajowości.
„No bo przecież u nas… w moim kościele… w moim środowisku…
to takie rzeczy się nie przyjęły.
My takich rzeczy nie
praktykujemy…”
Zauważmy, to nie są
sprawy błahe.
Postawa i słowa Chrystusa dla przygniatającej większości
słuchających Go tłumów jawiły się obrazoburczymi, ponieważ
często miały się nijak do tego, co oni ówcześnie praktykowali…
Nie wiem, ale być
może Duch Święty
… bożonarodzeniowo… prowokująco chce nas przekonać: „Bądźmy
autonomicznymi, myślącymi jednostkami! Szukajmy Oryginału ( i
wszystkiego tego, co wynika ze znalezienia Go ), nie zadawalajmy się
odmóżdżonym erzacem, nie zachwycajmy się marnie egzystującym w
mętnej wodzie tzw. królewskim karpiem ( żyjącym tylko po to, żeby
wylądować w piekle świątecznej galarety ), ale raczej bierzmy
przykład z pstrągów i łososiów, mających piękną determinację,
odwagę i fantazję by wbrew wszystkiemu płynąć pod prąd. Niech w
większości okrągłe, świąteczne homilie „na okoliczność”
oraz rodzinne popijanie kompotu z suszek nie przesłonią nam i tego
rodzaju refleksji…
Tym bardziej, że
rzecz dotyczy t a k
ż e wieczności każdego z nas…
Tomasz
Żółtko
Kraków, Boże Narodzenie 2008 cytaty
biblijne zaczerpnięte z Nowego
Testamentu w tłumaczeniu ks. Kazimierza Romaniuka
„Celem tego napominania jest
miłość płynąca z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej.
Niektórzy nie troszcząc się o to, zagubili się w pustej gadaninie.”
I Tym. 1;5-6
Zostaliśmy z Żoną okradzeni.
Dotkliwie. Zabrano nam laptop, kamerę, telefon, parę drobiazgów…
Wybraliśmy się wakacyjnie na parę dni do naszych przyjaciół
mieszkających w Mrągowie na Mazurach. On jest ewangelickim księdzem –
proboszczem Mrągowskiej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej, Ona
rehabilitantką oraz… małżonką, jako że księży ewangelickich nie
obowiązuje celibat. Piotr i Danuta Mendrochowie. Dzielne i niezwykłe
małżeństwo. Od wielu, wielu lat służbę ewangelizacyjną i duszpasterską
łączą z organiczną pracą „u podstaw”: dokarmiają biedne dzieci i
„wyprowadzają na ludzi” ich „patologicznych rodziców”. Dodatkowo, On
pracuje jeszcze w charakterze kapelana więziennego.
Zamieszkaliśmy w jednym z
parafialnych pokojów gościnnych i …któregoś wieczoru, ze zgrozą
odkryliśmy, że jesteśmy ubożsi o wcześniej wymienione przedmioty…
Przyjechała policja, przez parę godzin spisywała gorliwie nasze
zeznania, my zaś oswajaliśmy się z wolna z myślami: „ no to pa pa nasz
laptopie, pa pa nasza kamero…
Zasnęliśmy w poczuciu upokarzającej bezsilności…
Nazajutrz rano natomiast… Piotr z miną sfinksa zaprosił nas do swojej (
odrobinkę zabałaganionej ) kancelarii, gdzie ujrzeliśmy w zdumieniu
najwyższym, wszystkie nasze skradzione rzeczy!!! Mózg mi stanął i w
pierwszym odruchu zapytałem czy może mrągowska policja jest do tego
stopnia sprawna w działaniu operacyjnym, jednak Piotr przytomnie
postukał się w głowę i oznajmił, iż właśnie przed chwilą jeden z jego
znajomych ( któremu kiedyś pomógł) przyniósł łup lokalnej żulii
mrągowskiej z krótkim komentarzem, którego sens można zawrzeć w
stwierdzeniu: PASTORA SIĘ NIE OKRADA !!! Jakaś złodziejska smarkateria,
zaraz po udanym włamaniu, zaniosła owoce własnego trudu swoim
przełożonym ( szefom złodziei ??? paserom ??? ), oni zaś dowiedziawszy
się kogo obrobiono następnego dnia rano zwrócili tenże „urobek”
ponieważ… pastora się nie okrada!!!
Pomijając naszą oczywistą radość
oraz „kosmiczność” sytuacji ( jak żyję bowiem nie spotkałem się ani nie
słyszałem nawet o czymś podobnym ) przeżycie to jest dla mnie jednym z
najpiękniejszych świadectw czyjegoś poświęcenia dla innych ludzi.
Mozolna i żmudna praca Danusi i Piotrka skutkuje bowiem nie tylko tym,
iż wielu ich „podopiecznych” mogło uczynić Chrystusa kimś
najważniejszym dla siebie ale także „ubocznym efektem” ich działań jest
opinia jaką posiadają nawet wśród przestępców. Kogo jak kogo ale
pastora przecież się nie okrada…
Piotr Mendroch nie jest
płomiennym mówcą. Nie jest też, potocznie rzecz ujmując,
charyzmatykiem, więc jego duszpasterstwo nie jest nacechowane
„cudownymi fajerwerkami”. Piotr natomiast nieefekciarsko kocha ludzi i
żyje dla nich. Nieważne kim są…
Zastanawiam się ilu duchownych ( niezależnie od barw klubowych ) ma na
„swoim terenie” podobną opinię…
Opisuję to zdarzenie także
dlatego, iż jawi mi się ono jako kapitalny przyczynek do refleksji – co
to w praktyce znaczy dzisiaj inspirować Chrystusem ludzi, z którymi się
spotykamy. Boję się bowiem, iż przytłoczeni bagażem „duchowych zmagań”,
„ogłaszaniem będącego tuż tuż przebudzenia”, zabieganiem o coraz to
bardziej spektakularne dary duchowe, pozytywnym wyznawaniem itd. itd;
gubimy często to co fundamentalne – np. miłość płynącą z czystego serca
i dobrego sumienia. I popadamy w próżną gadaninę…
Danusiu i Piotrku – jesteście
wielcy! Podziwiam!
Tomasz Żółtko
Kraków 01 09 2008
( cytat biblijny zaczerpnięty z Biblii Poznańskiej )
Ew.
Jana 8; 1-11
"Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" (
J.8;7b ) - odparł ( dobitnie ? ) faryzeuszom Chrystus, odnosząc się do
ich prowokacji.
"- Nauczycielu, tę kobietę przyłapano właśnie na cudzołóstwie. Mojżesz
nakazał nam w Prawie takie kamienować, a Ty co powiesz?"( J. 8;4 )
Perfidia faryzeuszy była w tej sytuacji dobrze skalkulowana. Jeżeli
bowiem Jezus "zgodziłby się z Mojżeszem", momentalnie dostarczyłby tym
hipokrytom gotowego argumentu, że w takim razie grzeszy spotykając się
przy różnych okazjach z ludźmi o równie szemranej reputacji, jeżeli zaś
kazałby tę kobietę wypuścić wolno - ewidentnie złamałby Słowo Boże.
Jednak... No właśnie... Zawstydzonym i onieśmielonym strażnikom
moralności, po odpowiedzi "Nauczyciela", kamienie powypadały z rąk...
"Kto
z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem." Dzisiaj
często ( bywa bezrefleksyjnie ) cytujemy tę wypowiedź, ale któż z nas
wpadłby na nią w t e d y na miejscu Chrystusa. Ale On - natchniony
Mistrz retoryki, cieśla z Nazaretu - odebrał mowę uczonym teologom.
Dlaczego jednak? Co tak porażającego kryje w sobie ta jednozdaniowa
riposta?!
Wyrażam
przekonanie, iż rzecz nie sprowadza się do ogólnego spostrzeżenia
dotyczącego ułomności grzesznej ludzkiej natury. Gdyby tak było,
Chrystus na zawsze pozbawiłby nas wszystkich moralnego prawa do
wyciągania konsekwencji w stosunku do jakiegokolwiek przestępcy. Wszak
nikt nie jest doskonały. Chodziło raczej o sprzeciw przeciwko
instrumentalnemu wykorzystywaniu upadku drugiego człowieka do swoich
aktualnych ( społecznych, religijnych, politycznych itp.) potrzeb.
Grzech faryzeuszy nie wynikał ze złego zdiagnozowania etycznego czynu
(czynów? ) owej nieszczęsnej kobiety. Ich grzechem była cyniczna
bezduszność wobec niej oraz dzika satysfakcja, że oto teraz można "ten
przypadek" zgrabnie wykorzystać do skompromitowania prostackiego
"rabbiego" z prowincji. Gdyby wszystko poszło po ich myśli Chrystus na
oczach ludzi okazałby się niekonsekwentnym i niedouczonym zwodzicielem
serc, kobietę można by spokojnie pozbawić życia ( czy aby przypadkiem
nie ku uciesze co niektórych?!!!), samym po raz kolejny objawić się
jako członkowie "szlachetnej i wiernej Najwyższemu elity - wszystko
razem zaś w majestacie troski o moralne standardy narodu i ścisłe
trzymanie się nakazów samego Jahwe...
Smakowite - czyż nie?
Dwa
dni od momentu, kiedy piszę te słowa, liczni współcześni odpowiednicy
tamtych adwersarzy Mesjasza, publicznie zaczęli domagać się od
"właściwych czynników" Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce,
ekskomuniki Pani Minister Kopacz, w związku z tym, iż ta wskazała
szpital, w którym czternastoletnia Agata ( imię nieprawdziwe) mogła
dokonać legalnej aborcji. Nie mam zamiaru przesadnie roztrząsać
tragicznej historii tej nastoletniej dziewczynki ani tym bardziej
zasugerować, że jestem zwolennikiem aborcji i w związku z tym uważam,
że się dobrze stało. Pragnę jedynie zwrócić uwagę na hipokryzję ludzi
gotowych potępić minister zdrowia w imię walki o "każde życie". Jeżeli
bowiem przyjmiemy, że Agata zaszła w ciążę w tradycyjny sposób ( a nie
np. w wyniku "zacienienia" Ducha Świętego ), to jest to nie tylko
porażka jej i jej partnera. Jest to wychowawcza porażka rodziców tych
dzieciaków, ich szkolnych wychowawców i wreszcie duszpasterzy z
parafii, do której ( których?) należą. Może więc miast ekskomunikować
państwowego urzędnika, stosującego obowiązujące w Polsce prawo,
należałoby się najpierw uderzyć we własne piersi? Wszak żyjemy ponoć w
chrześcijańskim kraju, kraju mającym nieść chrześcijańskie wartości do
zlaicyzowanej do cna Unii Europejskiej. Skąd więc u nas plagi
współżycia seksualnego nastolatków, podziemia aborcyjnego,
wszechobecnego łapówkarstwa, złodziejstwa itd. itd. Czy mam rozumieć,
że winni takiemu stanowi rzeczy są w naszej Ojczyźnie świadkowie Jehowy
oraz byli funkcjonariusze SB?!!!
Rozpaczliwie
brakuje mi w Polsce kościelnych hierarchów ( rożnych wyznań - żeby była
jasność ), innych tzw. autorytetów moralnych, którzy by potrafili -
przy okazji np. dramatu Agaty uśmiercającej swoje nienarodzone dziecko-
powiedzieć do mnie: pokutujmy! Prośmy Boga o łaskę i przebaczenie,
ponieważ nasze nauczanie jest mało skuteczne a chlubiący się
tysiącletnim chrześcijaństwem Polacy nie potrafią stosować się do nauki
Ewangelii! Prośmy Ducha Świętego o mądrość, co mamy robić w takiej
rzeczywistości i jakimi być.
Żeby
jednak na coś takiego się zdobyć - trzeba mieć jaja! Mali ludzie wolą
rzucać klątwy...
Historia
uratowania przez Chrystusa kobiety lekkich obyczajów kończy się ( dla
mnie przynajmniej) krzepiąco. Gdy wszyscy tani moralizatorzy,
zawstydzeni odeszli..."Jezus wyprostował się i rzekł:
- Gdzież oni są, kobieto? Nikt cię nie potępił?
- Nikt Panie - odpowiedziała.
Rzekł jej Jezus:
- I Ja Ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej." ( J.8;10-11 )
Zauważmy.
Syn Boży nie wyraził się w stylu: "Słuchaj, tak naprawdę nic się nie
stało. Musimy być nowoczesnymi ludźmi. Wolny seks jest OK., a jeżeli
przypadkiem zaszłaś w ciążę, to spokojnie ją usuń - zarodek to tylko
zarodek... Spoko!"
Chrystus nie był moralnym libertynem! Postępowanie tej kobiety było
fatalne! Ale On nie był też zakłamanym dewotą! On był i jest kochającym
Zbawicielem, który przyszedł na świat, aby uratować tych, którzy giną.
( patrz Mt.18;11 )
Agato...
Biedna i zmaltretowana przez własną głupotę Agato. Nie patrz na
poprawiaczy świata. Spójrz na Jezusa Chrystusa. On także Tobie d z i s
i a j mówi: Nie potępiam Cię. Idź i więcej nie grzesz...
Tomasz
Żółtko Kraków 26 06 2008
cytaty biblijne zaczerpnięte z Biblii Poznańskiej
Chrystusa
zabili ludzie religijni. Nie szubrawcy, pospolici przestępcy, męty
społeczne… Ludzie religijni! Co więcej, usiłował bronić Go
Piłat – pogański dostojnik rzymski, człowiek ( cóż za
kosmiczny paradoks! ) w najmniejszym stopniu nie zainteresowany
oddawaniem czci Jahwe. Jednak nie zdołał ich przekonać.
Zaszantażowany
ewentualnością skargi skierowanej na niego do cesarza, uległ ich
namiętnemu wrzaskowi „ukrzyżuj go!!!” i wydał Jezusa na
śmierć.
Dlaczego
tak się stało? Dlaczego gorliwie zaangażowani Żydzi zebrawszy się w
Jerozolimie, żeby świętować Paschę, „przy okazji”dopuścili
się takiej ohydy? Powodów z całą pewnością było kilka. Pycha,
fanatyzm wyznaniowy, niepohamowana chęć rządu dusz ówczesnych
autorytetów duchowych judaizmu. Błędne wyobrażenia o
oczekiwanym mesjaszu, postrzeganym głównie w kategoriach
narodowo-politycznych. No i religijność właśnie. Religijność
rozumiana jako ścisłe ( ślepe?! ) przestrzeganie określonych norm i
przepisów, ale też nie mające nic wspólnego z opartą na
miłości relacją z żywą Osobą… Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż
ta ostatnia przyczyna była decydująca. Bezduszna religijność…
Apostoł Piotr przemawiając w dniu Pięćdziesiątnicy do zgromadzonego
tłumu pobożnych Żydów powiedział:”Mężowie izraelscy,
słuchajcie tego co mówię: Jezusa z Nazaretu, męża, którego
posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i
znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o
czym sami wiecie, tego Męża, który z woli postanowienia i
przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do
krzyża i zabiliście” ( Dz.Ap. 2; 22-23 ). Mocno powiedziane –
prawda? Pomimo, że Jezus czynił tylko dobro: pomagał, uzdrawiał,
wskrzeszał z martwych, „nauczał jako moc mający” , to
jednak został męczeńsko stracony. Ludzie z Bogiem na ustach, rękami
pogan przybili Go do krzyża, ponieważ nie mieścił się w ramkach
ówczesnej religijności. Zdecydowanie nie pasował…
Zresztą… jakże często nie pasuje do dzisiaj! Historia
chrześcijaństwa pokazuje, że religijność jak zaślepiała tak zaślepia
dalej. Religijne wyprawy krzyżowe, religijna święta inkwizycja
mordująca wolnomyślicieli i innowierców, prześladowania
anabaptystów „ekumenicznie” dokonywane rękami
religijnych katolików i ewangelików, amerykańskie
nieludzkie niewolnictwo celebrowane z upodobaniem przez religijnych
metodystów i baptystów… We współczesnej
Polsce zaś… No cóż… Religijna formacja
polityczna z wartościami chrześcijańskimi na sztandarach porywa się
na dokonywanie odnowy moralnej narodu ( też skądinąd jakże
religijnego – sic!!! ) i w tym celu współpracuje z
ludźmi bez żadnej moralności. Efekt? Skłócone i rzucające się
sobie do gardeł społeczeństwo. Religijne radio pod przewodem
religijnego ojca dyrektora, odwołując się do najniższych ludzkich
instynktów, zasiewa w sercach religijnych słuchaczy
najprzeróżniejsze fobie skutkujące, w najlepszym razie tylko
niechęcią do tych wszystkich, którzy są i n n i. Religijny
dostojnik kościelny, w najmniejszym stopniu nie licząc się z bólem
bezdzietnych małżeństw, stwierdza, że metoda „in vitro”
jest wyrafinowaną aborcją ( żeby była jasność – sam mam wiele
wątpliwości etycznych co do tej metody, jednak poraziła mnie do głębi
ta pełna pogardy wypowiedź hierarchy…). Można by jeszcze
cośkolwiek zająknąć się o „religijnych” pedofilskich
skandalach, o pysze religijnych urzędników r ó ż n y
c h kościołów ale może dosyć… Chodzi mi jedynie o to,
że gdyby istniała możliwość przeniesienia nas, dzisiejszych
chrześcijan, dwa tysiące lat w czasie do Jerozolimy- to co MY byśmy
krzyczeli przed pytającym się nas Piłatem: kogo więc mam wam
wypuścić - Jezusa czy Barabasza?!!!
Jakże
łatwo pomylić
jest żywą relację z religijnym rytuałem! Jakże łatwo pomylić jest
„kochanie Boga z całej siły, woli i serca” z pozbawionym
uczuć celebrowaniem i przestrzeganiem „bożych” norm.
Wreszcie – jakże łatwo pomylić Zbawiciela – Mesjasza ze
„świętą” instytucją lub człowiekiem stojącym na jej
czele… Tak! Historia i życie pokazują od dwóch tysięcy
lat, że łatwo jest się pomylić i w imię religii dokonywać strasznych,
porażających okrucieństw, w przekonaniu, że pełni się wolę Bożą!!!
Apostoł Paweł jest tego najwymowniejszym przykładem. Arcygorliwy
faryzeusz, członek duchowej elity narodu , w imię swoich religijnych
przekonań „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów
Pańskich ( Dz.Ap.9;1 ). No, ale niedługo potem była droga do Damaszku
i jego dramatyczne spotkanie się ze Zmartwychwstałym. Spotkanie,
które radykalnie zmieniło całe życie Pawła, tak że wiele lat
później mógł on napisać do chrześcijan w Galacji:”Gdy…
nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego zrodzonego z
niewiasty, zrodzonego pod niewolą Prawa, aby wykupił tych, którzy
byli w niewoli Prawa abyśmy mogli otrzymać synostwo przybrane. A na
dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc
naszych Ducha Syna swego, który woła Abba, Ojcze! I stąd nie
jesteś już niewolnikiem, ale synem. Jeżeli zaś synem, to i ze
zarządzenia Bożego – dziedzicem.”( Gal.4;4-7 ). No i tu
dochodzimy do sedna problemu. Nie chciałbym prowadzić jałowej
polemiki o słowa, jednakowoż uważam, że oparte na ewangelii
chrześcijaństwo nie jest religią, zaś naśladowcy Chrystusa nie są
religijnymi ludźmi. Uważam, iż chrześcijaństwo to oparte na miłości
codzienne życie z Abba Bogiem Ojcem, możliwe dzięki odkupieńczej
śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest ono
możliwe i realne ponieważ „Tak… Bóg umiłował
świat, że Syna swego jednorodzonego dał, ażeby każdy kto w Niego
wierzy, nie zginął ale miał życie wieczne. Bóg bowiem nie
posłał Syna swego na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by
świat został przez Niego zbawiony.” ( Ew. Jana 3;16-17 ). Chodzi więc o
to, żeby przejść swoją drogę do Damaszku, spotkać się z
żywym Zbawicielem, świadomie uczynić Go kimś najważniejszym dla
siebie i od tej pory żyć nowym życiem, życiem opartym na miłości do
Ojca, który nie jest tradycją wyssaną z mlekiem matki ani
teologiczną abstrakcją ( w stylu Transcendentnego Absolutu ) lecz
kochającą i rozumiejącą Osobą. I warto sobie zdać sprawę, że
bezduszne odczynianie i celebrowanie obraża Go - tak samo jak np.
moją kochającą Żonę obrażałaby mój wkład w małżeństwo
zdegradowany jedynie do pozbawionej gorącego uczucia, sztywnej
etykiety przy stole. Gdyby tak było, nasze małżeństwo nie
przetrwałoby miesiąca…! To niby takie oczywiste ale…
gdy przychodzi co do czego, to jakże często wybieramy religijność a
nie miłość!!! W tym kontekście Chrystus kiedyś powiedział: „Nie
każdy, który mi mówi: „Panie, Panie”
wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę
mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi w owym dniu:
„Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie
wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy
wielu cudów mocą Twego imienia?” Wtedy oświadczę im:
Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode mnie, wy, którzy czynicie
nieprawość.” ( Ew. Mat.7;21-23 ). Religijność jest zabójcza!
Może mieć wiele twarzy ale zawsze jest zabójcza! Religijni
ludzie mogą nawet czynić nadprzyrodzone rzeczy w imieniu Jezusa ,mogą
nimi chorobliwie się fascynować i popadać w pychę za ich sprawą ( czy
przypadkiem nie jest to drobniutki kamyczek do ogródka
przesadnych charyzmatyków? ) i zostać potępionymi. Ponieważ
religijność zabija! Zawsze!!!
Dwa
tysiące lat temu,
nierozpoznany przez religijny tłum Mesjasz, skonał na krzyżu. Po
trzech dniach zmartwychwstał. Dziś siedzi po prawicy Ojca i w
doskonały sposób wstawia się u Niego za tymi, którzy
wierzą i kochają – aby mogli żyć. Kiedyś ( może już
niedługo?!!! ) przyjdzie ponownie na ten świat lecz… czy
znajdzie wtedy jeszcze wiarę wśród nas… czy może już
tylko celebrę…? ( patrz Ew. Łk.18;8b )
Czy
więc aby na pewno
Wesołego Alleluja???
Tomasz
Żółtko
Wielki Piątek i
Wielkanoc 2008
( cytaty biblijne
zaczerpnięte z Biblii Poznańskiej )
|