PRZYZWOITOŚĆ

Bóg, honor i Ojczyzna! Lubimy! Może ostatnio trochę mniej, gdyż zostały one skutecznie ośmieszone patriotyczno-mesjańskim patosem pewnych środowisk, jednak generalnie jesteśmy na tak… Szczególnie rocznicowo i odświętnie! Kiedy jednak spojrzymy na tę nieznośną i upierdliwą codzienność naszego bytowania… smakowania życia…
Bóg, honor i Ojczyzna… Wyparowują nagle, gdy np. chcemy sprzedać nasz używany samochód. Są nieobecni, gdy cofamy licznik przejechanych kilometrów, zdecydowanie nie mamy ich na ustach ani w sercach w momencie podpisywania zaniżonej (czyli sfałszowanej) faktury VAT. W takich sytuacjach honor zwykle przegrywa z „życiową zaradnością”, Ojczyzna i tak przecież da sobie jakoś radę pomimo zaniżonego podatku na jej rzecz, zaś Pan Bóg… No właśnie – co zrobić z Panem Bogiem? Oczywiście można hipotetycznie założyć, iż jest On tak bardzo „duchowy”, że nie interesują Go cielesne i przyziemne banały takie jak podatki czy prawdziwy stan licznika. Albo, że w podobnych sytuacjach zwykł odwracać (z pewną taką nieśmiałością???) głowę… Albo, że On to zasadniczo już niedowidzi i niedosłyszy…
Albo, że jest głupcem, któremu sympatycznie jest raz w roku, nieco alkoholowo-zachrypłym głosem ryknąć „W żłobie leży”; zaś 10-ego każdego miesiąca, z bólem i goryczą machnąć kułakiem: „Gdzie byłeś, gdy TU-154 wrył się w ziemię pod Smoleńskiem?!!!”

Przyzwoitość.
Ostatnimi laty, na ważność tejże, wskazywał parokrotnie Władysław Bartoszewski. Jednakowoż nie przebił się z nią szerzej do naszej świadomości, ponieważ pomimo swojej przepięknej biografii, na starość (wg. „patriotów”) odebrało mu rozum, co potwierdził niezbicie afiszując się żydowsko-masońskimi sympatiami. A o nich jest dużo ciekawiej porozprawiać przy piwie niż np. zdobyć się na refleksję, że ściąganie na egzaminie jest oszustwem. Ergo – jeżeli JA ściągam, tzn., że JA jestem oszustem. Oszustem wobec Boga, honoru i Ojczyzny… a także wobec wykładowców, innych studentów, przyszłych pracodawców, zleceniobiorców itd. itd.
Lecz jakie to ma znaczenie??? Oni też kiedyś ściągali!!! (ściągają dzisiaj…)
Wielomilionowe malwersacje, wszechobecna korupcja… Czyż pierwszym nieśmiałym kroczkiem do nich nie jest „ratunkowe” zaglądnięcie przez ramię do sąsiada na teście z matmy?
Jednak któż dzisiaj tak pomyśli?!
Za to, jacy jesteśmy wszyscy oburzeni na naszych europosłów, pobierających diety wysokości 304 euro za każdorazowe uczestniczenie w posiedzeniach parlamentarnej komisji ds. UE, które to uczestniczenie nierzadko (jak ustalili bezczelni dziennikarze) sprowadza się do złożenia podpisu na liście obecności i natychmiastowego opuszczenia sali… Bardzo jestem ciekaw jak ci szlachetni reprezentanci Ojczyzny (rozumiem, że Boga i honoru też!), zachowywali się na klasówkach i egzaminach?

Przyzwoitość.
Mógłbym jeszcze co nieco w tym kontekście zająknąć się o prawdomówności, słowności, punktualności, siadaniu za kierownicą po kielichu, łapówkarstwie, solidności w pracy, ale chyba nie ma sensu…
Nie ma sensu, ponieważ gdy raz na jakiś czas ruszy nas sumienie, odpokutowujemy nasze grzechy np. zadaną „karą” zmówienia określonej (czyli większej) liczby pacierzy. Taka „pokuta” zdejmuje z naszych barków dokuczliwe poczucie winy i znowu stajemy się lekkimi i wolnymi jak ptaki. Wolnymi także od, wydawałoby się z pozoru, dosyć elementarnej refleksji, że jeżeli rozmowę z Bogiem traktujemy w kategoriach kary a nie przywileju, to wszyscy jesteśmy reżyserami i aktorami w „Milczeniu owiec”.


Szanowny Czytelniku. Prawdziwymi jesteśmy wtedy, kiedy żywimy przekonanie, że nikt nas akurat nie widzi. Albo wtedy, gdy spontanicznie nie zastanawiamy się, jak powinniśmy postąpić, żeby „być prawdziwymi”. W moim przekonaniu, tak wygląda jedyny sensowny kontekst refleksji nad przyzwoitością. Tyle że nikt oczywiście nie zadekretował obowiązku „bycia przyzwoitym”. Za jego nieprzestrzeganie nie idzie się do więzienia, (choć owoce braku przyzwoitości mogą do spoglądania w niebo przez kraty, boleśnie doprowadzić). To w naturalny sposób skutkuje tym, że moje pisanie można potraktować albo jako próbę (nieudolną?) wzbudzenia jakiegoś tam elementarnego moralnego zastanowienia, albo jako sarkastyczne zawracanie głowy odrealnionego, starszego pana. Dobrze (chyba?) byłoby się jednak na coś w życiu zdecydować. Nie ma bowiem moim zdaniem, większej ohydy, nad zakłamaną koegzystencję „Boga, honoru i Ojczyzny” z nieuczciwie zdanym egzaminem lub „przekręconym” licznikiem kilometrów…

Przyzwoitość.
A może raczej nieprzyzwoitość? Honor i Ojczyznę można omamić, jak to się zdarza wśród Polaków nie od wczoraj – jednak co w tym kontekście począć z Bogiem? Jeżeli bowiem jest On abstraktem, zabobonnym owocem naszych zalęknionych umysłów, to nie ma kłopotu – tylko po co wtedy zmawiać „karne pacierze”? Lecz jeżeli jest Tym, za kogo się podaje na kartach Biblii, czyli Osobą, która wszystko wie, myśli i czuje – to co wtedy??? Co wtedy z nami będzie??? Na ile bowiem potrafię czytać ze zrozumieniem, Biblia przedstawia Go jako kogoś „do bólu” PRZYZWOITEGO…

Tomasz Żółtko
Kraków 06 04 2011
tekst został napisany specjalnie dla kwartalnika Pod prąd (maj 2011) www.podprad.pl


„Przekonuję się więc, że nie mieszka we mnie, to jest w moim ciele, dobro. Bo chociaż odczuwam pragnienie dobra, wykonania tego co dobre – brak. Nie czynię dobra, którego chcę, lecz popełniam zło, którego nie chcę.”
Rzym.7;18-19

Przeczytałem ostatnio kilka internetowych (i nie tylko) „dyskusji aborcyjnych”, i choć temat jest eksploatowany od wielu lat, po raz kolejny przekonałem się, że o pewnych problemach w naszym społeczeństwie normalnie rozmawiać niepodobna. Oto bowiem skrajni doktrynerzy doprowadzili już dawno do sytuacji, w której jestem zmuszony opowiedzieć się albo po stronie tych, co twierdzą iż „nikomu nic do tego, co kobieta robi ze swoim brzuchem”, albo po stronie tych utrzymujących, że zgoda na każdą prawną możliwość dopuszczającą - nawet w skrajnych sytuacjach – usunięcie ciąży, świadczy o przynależeniu do „morderczej cywilizacji śmierci”.

Z osobami nie potrafiącymi odróżnić żywej istoty od brzucha, polemizować nie chcę, godząc się z tym, że będę już na zawsze postrzegany przez nie jako dewota i religijny fanatyk. Jako chrześcijanin jednak, pragnę niniejszym skreślić kilka zdań adresowanych do tych „obrońców życia”, żywiących przekonanie, jakoby „Bożą wolą”, zawsze i wszędzie było (oraz jest), potępianie aborcji, niezależnie od sytuacji i kontekstu.

Zostawiając na boku problem „od kiedy zaczyna się człowiek” (co nie jest oczywiste nawet dla najbardziej konserwatywnych etyków i prawodawców – nikt bowiem nie ośmielił się na gruncie prawa zrównać usunięcia ciąży z morderstwem „urodzonego” człowieka), wyrażam poważną wątpliwość, że np. nakaz rodzenia w stosunku do kobiety, w sytuacji zagrożenia jej jednostkowego życia, jest wyrazem obrony życia w sensie ogólnym. Tego typu przypadki nie są oczywiście częste, ale przecież zdarzają się i doprawdy nie rozumiem dlaczego (przed Bogiem???) życie dziecka ma być więcej warte, niż życie matki? Nie rozumiem także tych jednoznacznie potępiających kobiety decydujące się na przerwanie życia płodu bardzo poważnie zniekształconego – np. genetycznie. Jest dla mnie oczywistym, że godność każdego nienarodzonego dziecka jest taka sama, jednak pragnę też zauważyć, że perspektywa wieloletniego „zajmowania się urodzonym człowiekiem rośliną” może być dla potencjalnej matki zwyczajnie nie do zniesienia. A to tym bardziej, że rzeczywistość brutalnie pokazuje, że tzw. „obrońcy życia”, nie są w większości ani gotowi, ani chętni do niesienia później wieloletniej, praktycznej pomocy kobiecie (rodzicom) decydującej się na urodzenie kogoś aż tak chorego... Dylemat staje się jeszcze trudniejszy, gdy wyobrazimy sobie wyrzuty sumienia matki oddającej swoje (takie) dziecko do „bezdusznego” zakładu wyspecjalizowanego w „opiekowaniu się tego typu przypadkami”. Wstrząsającym skądinąd jest pytanie: Które wyrzuty sumienia łatwiej znieść – te „poaborcyjne”, czy te wynikające z rozpaczy nie udźwignięcia trudu bycia matką... rodzicem?

Mógłbym jeszcze sporo napisać o traumie kobiet zgwałconych, ale żeby uniknąć „akademickich dywagacji samca” – poniecham tego.

Ciekawym jawi mi się też w tym kontekście wątek zachowań mężczyzn w omawianej kwestii. Otóż historia i praktyka pokazują raczej, iż palą się oni do rozstrzygania tego typu moralnych dylematów, w sytuacji, gdy przyjmowane (proponowane... narzucane siłą...) rozwiązania zwykle, bez porównania bardziej, obciążają zapładniane przez nich kobiety, niż ich samych. Koniec końców bowiem, to kobieta będzie uznana albo za grzesznicę (jeżeli zdecyduje się na pozbawienie życia płodu), albo – to na jej barkach będzie spoczywał, niewyobrażalny dla wygodnickich mężczyzn, trud zajmowania się dzieckiem - bądź to zniekształconym genetycznie, bądź poczętym w wyniku ohydnego gwałtu...

Przytaczam te wybrane i nieoryginalne przykłady po to, żeby zwrócić uwagę na oczywisty dla mnie fakt, że rozmawianie o problemie aborcji nie może odbywać się przy pomocy metody zerojedynkowej. W ogóle życie ludzkie niezwykle rzadko można namalować używając jedynie czerni i bieli. Doskonale rozumiał to kiedyś ap. Paweł pisząc o (swoich?) zmaganiach z dobrem i złem. Maleńki fragment tychże zacytowałem powyżej. Polski sposób dywagowania o aborcji stanowi wyrazisty przykład, jakimi jesteśmy wszyscy hipokrytami, niepotrafiącymi zdobyć się na prostą refleksję, że tylko bezideowi cynicy postrzegają usunięcie ciąży w kategoriach „medycznego zabiegu”, podobnego do wycięcia wyrostka. Dla każdej potrafiącej myśleć i czuć kobiety, oraz dla jej partnera, decyzja „zabicia płodu”, ZAWSZE będzie TRAGEDIĄ. Proponuję abyśmy nisko pochylili się nad tą konstatacją i broniąc bezbronnych nienarodzonych, jednocześnie mniej zajadle ziali wszystkimi ogniami piekieł w kierunku tych już urodzonych...

Z braku możliwości rozwinięcia wątku, polecam także wszystkim zainteresowanym, prześledzenie, jak judaizm (podobno starszy brat chrześcijaństwa) radził sobie ze wzmiankowanym tematem. Uprzedzam, że fundamentaliści mogą być mocno zgorszeni. No, ale przecież to Żydzi powiesili Chrystusa, więc co tam...

Nie ukrywam, że ten mój krótki i domorosły tekst ma jeszcze drugie (kto wie czy nie ważniejsze dla mnie) dno. Otóż pisząc go, chcę najdobitniej jak potrafię sprzeciwić się postrzeganiu tych, dla których nie wszystko jest oczywiste i proste - jako „niemoralnych celebrytów śmierci”, „morderców nienarodzonych” itd. itp. Ja wiem, że to raczej beznadziejne, i że po zamieszczeniu tego felietonu, po raz kolejny gwałtownie zwiększy się grono utrzymujących, że przegniły moralnie prowokator Żółtko, po raz kolejny daje dowód tego, że nie ma już nic wspólnego ze „zdrową nauką Chrystusa. Może jednak (pewnie jestem naiwny... no cóż), znajdzie się choć jeden konserwatysta, który wobec targanych skrajnymi uczuciami, nieszczęśliwych i skrzywdzonych kobiet, zechce choć na moment – tak obrzydliwie liberalnie – za wielkim Pawłem powtórzyć: „Jestem nędznym człowiekiem! Czynię to, czego nienawidzę, a nie to, co chcę. Kto mnie wybawi z tego ciała śmierci?” (parafraza moja – TŻ)

Cóż bowiem, Szanowny Czytelniku mielibyśmy – Ty i ja - do powiedzenia konkretnej i dobrze nam znanej dziewczynie... kobiecie, gdyby zwróciła się ona do nas (do Ciebie!... do mnie!) z przerażającym pytaniem: „Moje nienarodzone dziecko jest nieuleczalnie chore i potwornie zniekształcone. Co mam zrobić?!!!” Czy znaleźlibyśmy w sobie dość siły i odpowiedzialności, żeby rzec: „Zaufaj Panu Bogu i zdecyduj się na poród”? Czy później znaleźlibyśmy wystarczającą ilość sił, czasu i pieniędzy, żeby jej wieeeele lat pomagać - być może np. kosztem własnych, zdrowych dzieci? Spróbuj sobie Szanowny Czytelniku wyobrazić taką sytuację i pomyśl o swojej odwadze i ponoszeniu konsekwencji za własne słowa. Co byś odpowiedział na takie pytanie... TY!? I co byś zrobił?

A gdyby taki dramat był udziałem Twojej (mojej) żony lub bezpośrednio Ciebie – Czytelniczko???

No i w końcu - jak myślisz, czy ja w tym momencie sugeruję zachętę do aborcji?

Bez podjęcia takiej refleksji cała reszta – uważam – jest bełkotem fanatyków i pyszałków.

„Nędzny ja człowiek! Kto mnie wybawi z tego ciała śmierci? Bogu niech będą dzięki – przez Jezusa Chrystusa, naszego Pana! Tak więc ja sam służę umysłem Prawu Boga, ale ciałem – prawu grzechu. Rzym.7;24-25

Tomasz Żółtko, Kraków 05 09 2011
(cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego Nowego Testamentu, wydanego przez Ewangeliczny Instytut Biblijny – Liga Biblijna w Polsce, Poznań-Bydgoszcz 2008


„Jednak z łaski Boga jestem tym, czym jestem. A łaska, którą mi okazał, nie była bezowocna…”
I Kor.15, 10

W 2011 - tym wybije mi 22 - gi rok mojego zawodowego grania, "wierszowania", gadania i "felietonizowania". Zaczynałem w pamiętnym czasie przełomów - czyli w 1989 - tym. Ale ten rok stanowi także dla mnie osobiście szczególną cezurę. W wyniku osobistych klęsk byłem wtedy wrakiem człowieka. Właściwie do niczego sie nie nadawałem... I w takich oto okolicznościach - totalnego chaosu społecznego i totalnego chaosu w mojej duszy, za namową przyjaciół, zacząłem grać koncerty. Rozpaczliwie potrzebowałem bowiem jakiegoś odreagowania, zajęcia się czymś, co pozwoliłoby mi nie myśleć o koszmarze, w którym wtedy tkwiłem. Po ludzku rzecz ujmując, to się nie powinno udać... A jednak... Pomimo, że byłem w depresji oraz bez żadnych środków do życia, na pożyczonej gitarze zacząłem grać publicznie swoje "ówczesne", smętne piosenki. Robiłem to dla siebie, żeby uciec od wspomnień, lecz wielu słuchaczy w tym moim "roztkliwianiu się nad soba", odnajdywało cos ważnego oraz odnajdywało drogę do Dobrego Boga. Tak się nie powinno dziać...

Bardzo szybko znalazł sie sponsor, dzięki czemu mogłem nagrać i wydać swoją pierwszą produkcję. Nikt jej nie promował a jednak sprzedała się tak dobrze, że stać mnie było na nagranie kolejnej. To się nie powinno udać... Sytuacja się powtórzyła i znów coś nagrałem... A potem znów i znów... Do dzisiaj wydałem 13 płyt. Każda z nich sprzedała się w takim nakładzie, że nikt nigdy nie musiał do mnie dopłacać. To się nie powinno wydarzyć...

Przez 22 lata zagrałem ok. 2,5 tysiąca koncertów, "wygłosiłem" ok 200 seminarów, ewangelizacji itp. Przemierzyłem ok. miliona km. Nigdy nie miałem żadnego wypadku, najmniejszej stłuczki.

W "międzyczasie" opublikowałem 5 zbiorów poezji. Choć w Polsce nikt nie czyta wierszy, wszystkie one przyniosły zyski wydawcom. To się nie powinno udać...

Od 1989 roku do dzisiaj, utrzymuję się z tego co robię. NIGDY nie musiałem imać się innej pracy. Bywało lepiej, bywało gorzej ale NIGDY nie musiałem dorabiać gdzie indziej. NIGDY nie musiałem grać chałtur, nigdy nie musiałem grać "do kapelusza". Tak sie nie powinno stać...

Wzrusza mnie w Chrystusie to, że On daje szansę nieudacznikom pogardzonym przez świat. Jestem Mu tak bardzo wdzięczny, że pochylił sie nad takim nieudacznikiem jak ja. Dał nowe życie, dał nowy początek, dał radość i sens... Dzięki Jego opiece i łasce, dzięki temu, że zdarzyło się tak wiele rzeczy, które się nie powinny zdarzyć, dziś jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem.

Kocham Go.

Tomasz Żółtko
Kraków 20 03 2011
(cytat biblijny z Pisma Świętego Nowego Testamentu, wydanego przez Ligę Biblijną w Polsce. Poznań-Bydgoszcz 2008)


"I [Maria] urodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i ułożyła w żłobie, ponieważ w gospodzie nie było dla nich miejsca. Na pobliskich polach przebywali natomiast pasterze. Na przemian trzymali oni nocną wartę przy swoim stadzie. Wtem stanął przy nich anioł Pana. Chwała Pańska ogarnęła ich zewsząd swym blaskiem, a oni wpadli w przerażenie. Przestańcie się bać - uspokoił ich anioł - właśnie ogłaszam wam wielką radość! Będzie ona udziałem całego ludu. Dziś urodził się wam Zbawca. Jest Nim Chrystus, Pan."
Ew.Łuk.2,7-11a

Ten, przez którego i dla którego zostało wszystko stworzone (por. Kol.1,16), rodzi się w miejscu absolutnie do tego się nienadającym, zaś pierwszymi, którzy się o tym dowiadują, są przedstawiciele absolutnych dołów społecznych. Akcja rozgrywa się na głębokiej prowincji okupowanego państewka - nic właściwie nieznaczącego w kontekście wielkiego Imperium Romanum.
Dziś jesteśmy z tym oswojeni. Nie dziwią nas ani te okoliczności, ani miejsce akcji. Upływ dwóch tysięcy lat, szeroko pojęta, nieco infantylna tradycja z domieszką pogańskiego rodowodu, sprawiły, że obecnie chcemy głównie pamiętać o bombkach na choinkach, mikołajach z prezentami i spotkaniach rodzinnych przy suto zastawionych (oraz zakrapianych) stołach. Cukierkowate w większości kolędy nie są w stanie na dłużej zwrócić naszych myśli ku tamtym zdarzeniom - tym bardziej, że "szalejąca" poprawność polityczna, tak bardzo martwiąca się o uczucia religijne ateistów i wyznawców Islamu, coraz częściej w ogóle zabrania nazywać ten szczególny czas "Bożym Narodzeniem".

I tak oto - w pewnym sensie - historia zatacza koło. Zbawiciel świata, dwa tysiące lat temu niezauważony - a jeżeli już, to ze względu na podłość swego pochodzenia i urodzenia - przez ten świat pogardzony, jest dzisiaj ponownie niezauważany, a jeżeli już, to pogardzany przez "nowoczesnego" człowieka. Wiara weń jest coraz bardziej spychana do "moherowego rezerwatu". Rezerwat odwzajemnia się nienawistną pogardą, skutkującą narastaniem podobnej pogardy "oświeconych, industrialnych i postmodernistycznych"...
To takie banalne!

Pogarda...
Zwykle obraca się przeciwko nam!
Nie chcemy jej jednak widzieć w sobie. My bowiem albo walczymy o sprawę, albo to inni swoją głupotą, podłością, relatywizowaniem itd. powodują, że przecież MUSIMY się odnieść negatywnie. Jakże zwykły syn cieśli może zwracać ( i to tak bezczelnie!) uwagę NAM - wykształconym zakonoznawcom, potomkom Abrahama, strażnikom czystości wiary...?! Jakże może zwracać (i to tak bezczelnie!) uwagę NAM - członkom najprawdziwszych kościołów, obrońcom moralności, chrześcijańskich standardów - ktoś, kto należy do nienajprawdziwszego kościoła, nie spełniający NASZYCH chrześcijańskich standardów, no i w ogóle o tak szemranej proweniencji...?!

Pogarda...
No bo, czy może przyjść coś pozytywnego z Nazaretu??? (por. Ew.Jana 1,46)
No, bo czy może być coś pozytywnego u katolików, protestantów, prawosławnych, charyzmatyków, niecharyzmatyków, słuchaczy Radia Maryja, czytelników Gazety Wyborczej, komunistów, socjalistów, liberałów, konserwatystów, hippisów, heavymetalowców, garniturowych establiszmentowców??? (niepotrzebne skreślić)
Czy może?!
Znów, jak co roku, większość z nas powiesi na choinkach bombki, zapali lampki, zafałszuje niemiłosiernie "Bóg się rodzi". Rzecz jasna wzbudzi to pogardę i załamywanie rąk połączone ze świętym gniewem tych, którzy WIEDZĄ, że jest to przejaw pogańskich kultów solarnych. Ci ludzie - z oczywistych powodów, od dawna budzą nasze pogardzanie...
Zapewne dobrze sobie pojemy (popijemy - ale ciiiii!! - żaden porządny chrześcijanin nie pije alkoholu... z drugim porządnym chrześcijaninem), zaliczymy stosowne msze i nabożeństwa, damy prezenty dzieciom, ciesząc się ich radością...
To takie banalne!

No, a zaraz potem Nowy Rok (znów sobie pojemy a może nawet... ale ciiii!!!) i trzeba będzie wrócić do zmagania się z życiem. Zmagania, w którym dalej będziemy trwali w przekonaniu, że jeżeli już - to pogardzają nami tamci, ale nigdy my! My bowiem walczymy o lepszy świat, a mamy do tego pełne prawo gdyż wyłącznie nasz kościół i nasza partia stanowią rzeczywisty, "panajezusowy" ratunek dla tego tyleż udręczonego, co zdemoralizowanego narodu...
To takie banalne!

"Myślcie nie o tym, jak się wybić kosztem innych lub zaspokoić własną próżność, ale raczej w pokorze uważajcie jedni drugich za ważniejszych od siebie. Niech każdy dba nie tylko o to, co jego, lecz i o to, co cudze." (Fil.2,3-4)
Tak pięknie, ale i dosadnie napisał kiedyś Apostoł Paweł.
Czy może to dla mnie mieć jakieś zastosowanie?
Noooo... hmmm... Ja przecież walczę o czystość nauki i morale i przecież na podstawie stosownych cytatów, źródeł oraz historii - mogę łatwo wykazać, że to mój kościół i moja partia stanowią "najpanajezusowszy" ratunek dla...
To takie banalne!

Jednak dwa tysiące lat temu, znaleźli się i tacy, którzy leżącym na sianie Noworodkiem nie pogardzili. Ciekawe, że baaaardzo różnili się od siebie. Z jednej strony był to plebs pasterski, (któremu nie wiedzieć czemu objawiła się chwała Boża...), z drugiej strony była to trójka wysoko postawionych, dobrze urodzonych orientalnych naukowców i dostojników z samych wyżyn społecznych. Nie wnikając w szczegóły - jedni i drudzy pokłonili się, oddali hołd i honor...
Czy to nas może czegoś, Drogi Czytelniku, nauczyć? Nie wiem...! Pierwsi byli przecież zupełnymi prostakami, zupełnie nieznającymi Pisma Świętego (nie praktykowali raczej tzw. codziennego "cichego czasu"), drudzy zaś to przedstawiciele zupełnie innej kultury i chyba (o zgrozo!!!) INNEJ WIARY!!!
Co z tego wynika? No, jeżeliby chcieć temat jeszcze konsekwentnie drążyć...
Ale ja już nie chcę! Chyba... boję się!

Wesołych Świąt!

Wigilia Bożego Narodzenia, Kraków 2010
(cytaty biblijne pochodzą z Pisma Świętego Nowego Testamentu wydanego przez Ligę Biblijną w Polsce, Poznań - Bydgoszcz 2008)


"...Jeśli ktoś z was uważa, że jest w obecnym wieku mądry, niech się stanie głupi, aby zmądrzeć."
I Kor 3,18b

Moje doświadczenie (niewielkie, ale... innego nie posiadam), wynikające przede wszystkim z analizowania własnego życia, oraz podpatrywania zachowań innych ludzi, podpowiada mi, że zwykle bywa tak: najpierw w naszych relacjach z Bogiem coś ważnego przeżywamy, coś odkrywamy i to zdarzenie (zdarzenia) zmieniają - czasem radykalnie - nasze postrzeganie rzeczywistości. Świat zaczyna jawić nam się innym niż był do tej pory, ludzkie słowa i czyny nagle nabierają nowych, obcych nam wcześniej znaczeń i konsekwencji. Pozytywnymi przykładami tego typu przełomów mogą być np. fenomeny "nowego narodzenia" (patrz - rozmowa Jezusa z Nikodemem - Jan.3,1-21) czy uświadomienie sobie jakiegoś swojego upadku i pokutowanie.
Jednak potem... No cóż... Zdarza się, że obrastamy w piórka. Poznajemy trochę Biblii, trochę zwyczajów chrześcijańskiego środowiska, do którego trafiliśmy i powoli stajemy się ekspertami od Pana Boga i od życia z Nim.
Skoro bowiem On zadziałał w NASZYM życiu tak a tak, i to Jego zadziałanie przejawiło się tak a tak - oznacza to dla nas niezbicie, że jest to uniwersalna norma (potrafimy podłożyć pod to rzecz jasna stosowną ilość biblijnych cytatów) dla każdego. Skoro MY byliśmy w stanie oprzeć się takim to a takim pokusom, oczywistym jest, że inni też muszą...

I biada im, jeżeli nie mogą!
Otóż to - biada im! I znów setki stosownych cytatów...

Są chrześcijanie, którzy odkrywszy w swoim życiu błogosławieństwo samodzielnego czytania i interpretowania Biblii, zafascynowali się tymże błogosławieństwem do tego stopnia, że wydaje im się, iż niczego i nikogo już nie potrzebują. Wystarczy, że ONI czytają... A że czytają, nierzadko niestety pod z góry założoną tezę... Tego nie chcą, albo nie potrafią dostrzec...

A w zależności od założenia, z Biblii można wyczytać wszystko, czego się tylko zapragnie! Wszystkie kościoły zaklinają się wszak, że fundamentem ich wiary jest Biblia. A przecież tak bardzo często się różnią...
Różnią w dogmatyce ale też np. w etyce.
Ale co tam kościoły - poszczególni chrześcijanie tak bardzo się różnią w ocenach moralnych różnych zjawisk! I wszyscy jesteśmy przekonani o własnej "biblijności". Do krwi ostatniej!!!

No i w tym miejscu, niejeden pomyśli - "Żółtko stał się postmodernistą. Skrajnie relatywizuje! Zgroza!"

Znam chrześcijan bardzo mocno - na podstawie stosownych tekstów - potępiających kiedyś rozwody. Dziś już tego nie robią ponieważ ...ich dzieci rozwiodły się.
Znam chrześcijan bardzo mocno - na podstawie stosownych tekstów - potępiających kiedyś aborcję. Dziś już tego nie robią, ponieważ kogoś z ich bliskich dotknął ten problem.
Znam chrześcijan nieznających kiedyś - na podstawie stosownych tekstów - krztyny zrozumienia dla wątpiących w Boga. Dziś już tego nie robią, ponieważ ich najbliżsi odeszli...
Znam chrześcijan brzydzących się kiedyś podać rękę - na podstawie stosownych tekstów - tym, którzy zdradzili swoich współmałżonków. Dziś już się nie brzydzą, bo sami okazali się być zdradzającymi.
Znam różnych chrześcijan...

Jak myślisz Czytelniku, czy sugeruję tutaj i teraz, że aborcja lub rozwód są ok.?

Z Biblii można wyczytać wszystko i nic! Można z niej wyczytać, ze Bóg brzydzi się niemoralnością seksualną i jednocześnie nie zauważyć passusów traktujących o tym, że także obrzydliwi są dla Niego ci, co sadzą przed czasem... (por. IKor.4,5)

Nie relatywizuję więc! Raczej chodzi mi o to, żebyśmy wspólnie inspirowali się do bycia pokornymi. Pokornymi w czytaniu i rozumieniu Biblii i pokornymi w ocenianiu siebie nawzajem.
Nad Pismem Świętym od tysięcy lat (poczynając od najstarszych fragmentów ST) pochylają się miliony (miliardy?) ludzi, szukających Boga, Jego prawdy, woli i mądrości. Wielu z nich opisało swoje przemyślenia i doświadczenia. Jeżeli dzisiaj wierzymy, że Duch Święty prowadzi nas w czasie lektury Nowego i Starego Testamentu, to powinniśmy założyć, że naszych przodków także w tej lekturze prowadził. Pochylajmy się, choć wiec od czasu do czasu, nad ich dorobkiem i nie odkrywajmy Ameryki wciąż na nowo. Uchroni nas to przed niejednym sztormem w czasie wyprawy do niej...

Uważam, że pilną potrzebą naszego kraju, jest czynienie przez nas pokoju. W sytuacji, gdy z jednej strony ciągle słyszę o potrzebie walki o wartości a z drugiej, gdy w tej walce widzę tak wiele pogardy i zacietrzewienia, uważam, iż potrzeba nam pokoju! Nie osiągniemy go jednak nieustannie potępiając się wzajemnie, pogardzając sobą i nie szanując. I doprawdy nie chodzi o postmodernistyczną, supersubiektywną optykę widzenia dobra i zła. Chodzi mi o to, żeby nie wytaczać armat przeciwko grzeszącym, ponieważ nigdy nie wiemy, co NAS może jeszcze w życiu spotkać. Nie powielajmy błędów "świętej" elity żydowskiej gardzącej Chrystusem, goszczącym w domach oszustów, kolaborantów i kobiet "lekkich obyczajów". Bo przecież nie potrzebują zdrowi lekarza! (por. Mt.9,12; Mk.2,17; Łk.5,31)

Drogi Czytelniku - jesteś zdrowy czy chory? Kogo potrzebujesz???

Bardzo trudno pisze mi się powyższy tekst. Wiem, że nie zostanie on dobrze przyjęty przez "bezgrzesznych". Wiem, że nie zostanę zrozumiany ani przez tych, co uważają, że pisanie o Bogu jest przejawem zabobonnej dewocji, ani przez tych przekonanych, że chrześcijaństwo błądziło do chwili ich pojawienia się na świecie. Z całą pewnością wzruszą ramionami eksperci...

Zdobywam się jednak na skreślenie tych kilku zdań, ponieważ kiedyś tam miałem przywilej spotkać się ze zmartwychwstałym Zbawicielem, w sytuacji totalnego upadku, gdy nikt nie dawał mi żadnych szans, gdy wyklinano mnie od czci i wiary, pokazując jak wiele tekstów biblijnych obnaża moje zło i moją grzeszność. I nie wiedzieć czemu, gdy byłem na dnie - Chrystus właśnie nade mną się pochylił. A musiał się pochylić naprawdę nisko!
No i rzecz charakterystyczna, zanim w oczach wielu stałem się nikim, byłem "teologicznym jurorem", potrafiącym każdy problem "rozwalić" odpowiednim biblijnym cytatem a co za tym idzie wydawało mi się, że mam prawo innym ludziom wystawiać odpowiednie (czytaj biblijne) laurki. Jakże byłem żałosny! Chwilę później te same cytaty piekły mnie żywym ogniem... Powodowały obłęd!

Do końca moich dni nie przestanę dziękować za Jezusa Chrystusa, który w moim przypadku okazał się tak bardzo swoiście..."niebiblijny"...
Dostałem nową szansę, choć - po ludzku - z całą pewnością nie powinienem.
Ech!

Dlatego dzisiaj już nie sądzę.

Dlatego dzisiaj jestem spełnionym i szczęśliwym człowiekiem!

No i rzecz jasna staram się jak najwięcej czytać Biblię!!! Jednak bez założeń wstępnych. Szukam bowiem myśli Stwórcy.

Tomasz Żółtko
Kraków 09 11 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Nowego Testamentu wydanego przez Ligę Biblijna w Polsce)


„A jednak piszę wam o nowym przykazaniu, które jest prawdziwe w Nim [Jezusie] i w was, ponieważ ciemność przemija, a światłość prawdziwa świeci. Kto mówi, ze trwa w światłości, a nienawidzi swego brata, wciąż jest w ciemności. Kto kocha swego brata, trwa w światłości i nie staje się dla nikogo przyczyną upadku.”
I Jan.2;8-10

Wysłuchałem wczoraj (tj.11-ego października) wywiadów z trzema osobami, które straciły najbliższych w katastrofie prezydenckiego TU-154 pod Smoleńskiem. Wróciły właśnie z pielgrzymki do miejsca wypadku. Razem z nimi wybrało się tam większość tzw. „rodzin smoleńskich”, chcąc w ten sposób wspólnie uczcić „półrocznicę” tej trudno wyobrażalnej tragedii… Część rodzin pozostała w Polsce, ponieważ nie była jeszcze gotowa na spotkanie z miejscem zderzenia samolotu z ziemią… Część została, ponieważ miała inny pomysł na ów szczególny dzień… Byłem autentycznie poruszony, słuchając zwierzeń dwóch kobiet i mężczyzny, mówiących o swoim bólu, o doskwierającej straszliwie samotności, o pustce, jaką pozostawili po sobie ci, których tak bardzo kochali. Opowiadali o tym jak sobie radzą po tej stracie, jak wielkim wyzwaniem jest dla nich każdy kolejny dzień. Ale mówili także, jak bardzo zbliżyli się do siebie podczas wspólnego wyjazdu do Smoleńska, jak bardzo wspólne cierpienie pomaga im być nawzajem dla siebie wsparciem i pociechą… Doprawdy – ich słowa i postawa stały się czymś ważnym dla mnie! Czymś godnym najwyższego podziwu i szacunku.

Niestety obejrzałem jednocześnie kilka migawek (w różnych telewizjach) z poprowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego, pod Pałac Prezydencki, manifestacji mającej także uczcić pamięć ofiar katastrofy. Jakże ludzie biorący w niej udział byli inni od tych, którzy wybrali się na pielgrzymkę do Smoleńska. Ci drudzy płakali i tulili siebie nawzajem w solidarnej bezradności, zrozumiałej tylko dla tych, którzy sami przeszli przez tak koszmarne cierpienie. Pierwsi wznosili obraźliwe okrzyki i transparenty adresowane do aktualnie rządzących (Jarosław Kaczyński, w przemówieniu nazwał prezydenta i premiera „złymi ludźmi”) a gdy dowiedzieli się, że Pani Prezydentowa, z częścią rodzin, z powodu awarii, nie może wystartować w lot powrotny – zaczęli skandować: „Może spadnie!” oraz: „Niech nie wraca!” Całość zakończono stwierdzeniem, że: „Tu jest Polska” .

Znam sporą grupę chrześcijan (różnych wyznań), bardzo mocno identyfikujących się z postawami ludzi spod Pałacu Prezydenckiego i upatrujących w tej grupie społecznej (oraz jej liderze), zaczynu odnowy moralnej dla całego narodu. Muszę przyznać, że zadziwia mnie jak można pogodzić naśladowanie Mesjasza np. z życzeniem śmierci Pani Prezydentowej… Jak można różnicować swoich rodaków na prawdziwych i fałszywych Polaków zginając jednocześnie kolana przed krzyżem… Jak można…???
No, ale widać można! Nawet w tym samym czasie, gdy bliscy ofiar tego samego wypadku wypłakiwali z siebie żal i ból…

Stanisław Lem stwierdził kiedyś, że nie zdawał sobie sprawy z tego jak wielu na świecie jest głupców, dopóki nie zaczął korzystać z Internetu. Mocne słowa! Chyba – z całym szacunkiem dla Lema – zbyt mocne.
Jednak…
Gdy kiedyś tam uaktywniłem się na Facebooku, myślałem (jakże naiwnie), że stanowi on doskonałą płaszczyznę wymiany myśli. Dziś widzę, że bardzo się myliłem. W dużym stopniu bowiem stał się on swoistą trybuną dla ludzi małych i sfrustrowanych, dla ludzi, których w „realu” nikt za bardzo nie chce słuchać. Przenieśli więc swoją działalność misyjną właśnie na ten społecznościowy portal i na nim realizują się ogłaszając wszem i wobec własne, jedynie słuszne poglądy. W swoim prostactwie, próbowałem początkowo dyskutować, ale zawsze kończyło się to katastrofą zbyt wysokich ( także moich niestety) emocji oraz napisaniem zdań i słów, których się teraz wstydzę. Zauważyłem jednak przy okazji, pewną cechę wspólną tych osób. Mianowicie - ONI WIEDZĄ!!! Wszyscy inni błądzą – oni wiedzą! Ten fakt uprawnia ich do tego, żeby inaczej myślących albo to wysyłać do piekła, albo odmawiać im prawa do bycia Polakiem i patriotą albo dyskredytować kościół, do którego należą itd. itd. Rzecz ciekawa, na pytania typu: Kto im dał prawo do potępiania drugiego człowieka? – zwykli odpowiadać albo, że to „nie oni potępiają ale słowo boże”, albo że oni nie potępiają ludzi lecz potępiają „układ”, „system” bądź „instytucję”…

Serce człowieka jest przewrotne! Można samego siebie okłamywać i szukać np. własnej wartości w niszczeniu innych. Oczywiście nikt tego tak wprost nigdy nie nazwie. Wszak walczymy o „wartości”, o „prawdziwy patriotyzm”, „prawdziwy kościół”, „czystość nauki”, o „ojczyznę”…
I rzecz jasna mamy do tego prawo, ponieważ Duch Święty NAS prowadzi! Wcześniej prowadził tak dosyć kulawo, no ale odkąd MY pojawiliśmy się na tym padole – zaczął prowadzić jak nigdy dotąd…

Serce człowieka jest przewrotne! Można samego siebie okłamywać, twierdząc, że potępiamy „instytucję” i „system”. I można w to gorąco, wierzyć nie dostrzegając absurdu powoływania do życia samoistnych bytów, takich jak osławiony już „układ”…

Ciekawe w co wierzą zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego, głośno życząc śmierci Pani Prezydentowej Komorowskiej?

Na szczęście są jeszcze tacy, którzy potrafią płakać!
Na szczęście są jeszcze tacy, którzy nie wszystko wiedzą…
Na szczęście…

Tak bardzo cieszę się, dwie wdowy i wdowiec znaleźli w sobie ten niezwykły hart ducha i wystąpili wczoraj przed kamerami. Podziwiam!

Tomasz Żółtko
Kraków 12 10 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu wydanego przez Towarzystwo Świętego Pawła)


"Jeżeli ktoś uważa, że może pokładać ufność w ciele, to ja tym bardziej: obrzezany ósmego dnia, z narodu izraelskiego, z plemienia Beniamina, Hebrajczyk z Hebrajczyków. W stosunku do Prawa - faryzeusz, co do gorliwości - prześladowca Kościoła, a jeśli chodzi o sprawiedliwość opartą na Prawie - nic mi nie można zarzucić. Jednak ze względu na Chrystusa uznaję za bezwartościowe wszystko, co przynosiło mi zysk. I naprawdę uważam, że to wszystko jest bezwartościowe w porównaniu z bezcennym darem poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego odrzucam [to] wszystko i uznaję za śmieci. Pragnę tylko pozyskać Chrystusa i znaleźć się w Nim, nie w oparciu o własną sprawiedliwość, pochodzącą z Prawa, ale dzięki sprawiedliwości, która rodzi się przez wiarę w Chrystusa i której Bóg udziela na podstawie wiary. Moim celem jest poznanie Chrystusa... ...Nie twierdzę, że to już osiągnąłem lub stałem się doskonały... nie wmawiam sobie, że osiągnąłem cel. Ale jedno czynię: zapominając o tym, co jest za mną, biegnę ku mecie po nagrodę, do której Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie."
Fil.3,4-14

Apostoł Paweł z pewnością był wyrazistą postacią. Wyobrażam sobie, iż współcześni mu musieli go albo kochać, albo nienawidzić. Obojętność raczej nie wchodziła w grę. Zresztą emocje, pisany dorobek Pawła wywołuje do dziś. Sam zachwycam się nim dosyć regularnie, ale też... bywa, że się rozeźlam, np. czytając jego opinie o kobietach. Czy Paweł nie był przypadkiem odrobinkę seksistą??? Jednakowoż powyższy tekst rozkłada mnie na łopatki! Wzrusza, zachwyca i zawstydza! Oto bowiem, ten niezwykły człowiek nie waha się wyznać, że wszystkie jego dotychczasowe osiągnięcia to śmieci, w porównaniu z ważnością ciągłego poznawania Zbawiciela. Szanowny Czytelniku, czy byłbyś w stanie coś takiego powiedzieć o sobie? Czy ja potrafiłbym...???
Czy chciałbym...?

Powszechnym ludzkim odruchem, jest szukanie aprobaty dla własnych poczynań i przekonań w oczach innych. To w naturalny sposób pociąga za sobą (niestety!!!) nasze ciągłe huśtawki emocjonalne. Bo przecież... raz powiemy coś mądrzej, raz... zupełnie niemądrze. Raz uda nam się błysnąć doskonałym czynem, ale innym razem coś haniebnie spaprzemy. Jeżeli bardziej przywiązujemy się do sukcesów - bardzo szybko stajemy się żałosnymi pyszałkami, jeżeli bardziej przekonują nas porażki - popadamy w kompleksy czy wręcz depresje. Nasze poczucie godności, znaczenia swoje odbicie odnajdują w opiniach o nas... Stąd paniczny strach: "Co ludzie powiedzą?!!!"

A dla Pawła to śmieci...

Ale przecież w tym "szaleństwie" jest metoda! Bo oto Chrystus dając człowiekowi PRAWDZIWĄ wolność pozwala mu "celebrować" ją poprzez ulokowanie pragnienia poczucia godności, znaczenia, docenienia - w Nim! Jestem wolny min. dlatego ponieważ NARESZCIE nie muszę niczego nikomu (także Bogu - sic!!!) udowadniać. Moje znaczenie i moja godność nie są zależne od widzimisię drugiego człowieka, ale wynikają bezpośrednio z tego, kim jestem dla Jezusa Chrystusa - Syna Bożego!

Wyznam, że ta sprawa ma dla mnie znaczenie nie do przecenienia. Przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, jestem grzesznikiem, człowiekiem o nienajlepszym życiorysie. Na swojej drodze spotkałem więc wielu ludzi, którzy (w sensie formalnym czasami słusznie) potępiali mnie i oskarżali o najprzeróżniejsze zło. Często słyszałem, że mając taką a nie inną "kartę życiową" jestem zwyczajnie skończony. Jestem NIKIM. Pomijając słuszność czy niesłuszność tych oskarżeń, powtarzane przez dłuższy czas spowodowały, iż popadłem w potężną depresję, wierząc, iż rzeczywiście "jestem nikim". Zwykłym śmieciem... A chcę wszystkim napisać, że to BARDZO upokarzające - być nikim! Gdy jest się nikim, traci się chęć do życia! Gubi się perspektywę i sens... I w takich okolicznościach, kiedyś tam - dwadzieścia parę lat temu - było dane mi odkryć, że dla Jezusa i w Jezusie jestem KIMŚ! I zostałem uratowany...
Po drugie, jestem postacią publiczną. Rzecz jasna w mikroskali, ale jednak... Gdybym musiał własną godność, czy wręcz samopoczucie uzależniać od ludzkich opinii o sobie, bardzo szybko odszedłbym od zmysłów albo uzależniłbym się od narkotyków czy alkoholu. A tak mogę szczerze wyznać, że jestem szczęśliwcem żyjącym w pokoju z Bogiem i w zgodzie ze samym sobą. Ponieważ... jestem w Chrystusie. Rzecz nie do przeliczenia na jakiekolwiek pieniądze, czy w ogóle nieporównywalna z niczym mi znanym.

Jest jednak w przytoczonym wyżej, Pawłowym tekście, przynajmniej jeszcze jeden wątek o kapitalnym dla mnie znaczeniu. Otóż apostoł (ten apostoł!!!) nie tylko nie wstydzi się publicznie wyznać, że dotychczasowa jego sprawiedliwość, w porównaniu z życiem ze Zbawicielem, to nic nie warte poczynania, ale także nie wstydzi się stwierdzić, że on ciągle jest niejako "wpół drogi". Że nie wszystko osiągnął, dopracował, posiadł... Że cel jest ciągle przed nim. No, no... Facet, dzięki któremu chrześcijaństwo rozprzestrzeniło się wokół pokaźnej części basenu śródziemnomorskiego, zapomina o tym, co za nim i pamięta tylko o tym, co przed nim... Gdyby napisał, że zapomina o wszystkich swoich wcześniejszych upadkach czy niegodziwościach - byłoby to zrozumiałe. Ale on zapomina o WSZYSTKIM! Rozumiem, że też o swoich niebywałych sukcesach misyjnych, poświęceniach dla ewangelii itd. itp. Szanowny Czytelniku, czy nie należy tutaj zakrzyknąć - szacun?! Czapki z głów?!

Zaglądam do własnej duszy. Czy ja w imię spotkania się ze Zmartwychwstałym też zapominam o wszystkim? Czy w tym kontekście, swoje jakieś tam osiągnięcia i sukcesy też jestem gotów uznać za... śmieci?!!! Brrrr! Niełatwe to słowa...
Jednak... Przecież moją godność i wartość zakotwiczyłem kiedyś w Tym, dzięki któremu wreszcie mogę się czuć BEZPIECZNY i SPEŁNIONY...
Więc zgoda! Sam w sobie coś łamię i próbuję za Pawłem: "Tylko Chrystus - reszta to śmieci!"
Bo wolność warta jest poświęceń. Wolność do spełnionego bycia z Nim, niezależnie od "zewnętrznych" komentarzy...



Tomasz Żółtko
Kraków 23 06 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego edycji Towarzystwa Świętego Pawła)

PS.
Mój przyjaciel zwrócił mi przytomnie uwagę, że podstawowym kontekstem Pawłowej wypowiedzi jest jego stosunek do Prawa Mojżesza. Prawo jest dla Pawła śmieciem.

Jest to prawdą! Nie wspomniałem o tym wyraźnie, ponieważ wydało mi się to (zapewne niesłusznie) oczywistością. To na czym mi w moim nieudolnym pisaniu zależało, to na zwróceniu uwagi, że współczesny człowiek bardzo często swoją wartość uzależnia od tego co robi i jak szlachetnie się poświęca. Podtrzymuję więc sugestię, że wobec doniosłości poznania (i ciągłego poznawania) Chrystusa, wszelkie ludzkie aktywności, mające wykazać, że jednak "nie jesteśmy tacy źli ponieważ..."- to zwykłe śmieci.

Każda aktywność może także stać się swoistym "Prawem". Dla Pawła mogła nim być jego działalność misyjna. On jednak zapominał co za nim w imię celu - nagrody zbawienia. Nagrody wynikającej z miłości i łaski Zbawiciela.

Określone standardy ludzkiego życia i postępowania mają kapitalne znaczenie w oczach Boga tylko i aż wtedy, gdy wynikają z miłości, a nie z chęci udowadniania czegokolwiek lub poprawiania swojego wizerunku.

tz


"Me serce wezbrało pięknym słowem..."
PS.45;2a

Niestety współcześnie Kościół popiera często słabą sztukę! Dzieje się tak min. z dwóch powodów: po pierwsze kryterium jej oceny zostało sprowadzone do tego czy dane dzieło sztuki traktuje o Bogu (Chrystusie, Duchu Świętym) i czy odwołuje się do Jego osoby wystarczająco często oraz po drugie - czy można je wykorzystać w szeroko rozumianej ewangelizacji lub w tzw. "uwielbianiu". Presja wywierana w tym względzie na twórców określających się mianem chrześcijan przez różnorakie środowiska kościelne jest doprawdy wielka. Jesteś naśladowcą Chrystusa? Jeżeli tak, to m u s i s z się w swoim tworzeniu odnosić bezpośrednio do Niego, do życia z Nim, ponieważ w innym razie wszystkie owoce Twojego talentu będą napiętnowane zgniłym kompromisem ze światem. W efekcie jesteśmy zalewani niewyobrażalnie wielką ilością "chrześcijańskiej sztuki", poprawnej ideologicznie, ale za to miernej intelektualnie, warsztatowo oraz zupełnie bezrefleksyjnej i wtórnej w swoim wyrazie.

Wszystko to obywa się przy wtórze "debaty", próbującej autorytatywnie rozstrzygnąć, która sztuka jest chrześcijańska, a która nie i czego chrześcijanie powinni słuchać, czytać, oglądać a czego nie.

Ciekawe, że Kościół nie ma podobnych oczekiwań w stosunku do innych grup zawodowych. Od architektów wszak nie oczekuje się jakoś jedynie sakralnych projektów, od lekarzy, aby leczyli jedynie za pomocą "wkładania rąk"(pomijając ginekologów i położników... ups!), od piekarzy, aby piekli jedynie pieczywo opatrzone znakiem krzyża itd. itd.

W tym kontekście chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze mając taki a nie inny stosunek do szeroko pojmowanej sztuki, chrześcijanie sami, na własne życzenie się zubażają! Stają się analfabetami ducha! Bóg włożył w nasze dusze potrzebę autorefleksji, refleksji, przeżywania, odreagowywania oraz piękna. Sztuka jest odwiecznym odzwierciedleniem tychże oraz im podobnych pragnień. Odzwierciedleniem i sposobem na ich realizowanie. Zastąpienie autentycznego człowieczego przeżywania wszystkiego, co w danej chwili jest dla niego ważne przez - albo odmóżdżoną komercję (sprowadzającą sztukę do poziomu sprzedaży hot-dogów), albo poprawną ideologicznie twórczość "chrześcijańską" coraz bardziej czyni z nas barwnych pajaców, zdolnych tylko bezmyślnie naśladować, potakiwać i połykać przeżutą przez kogoś innego papkę. Nie dziwmy się, więc, że dla ciągle powiększającej się ilości homo-sapiens, kwestie potrzeby znaczenia, akceptacji, pozycji czy zwykłego poczucia bezpieczeństwa wynikają z nowo zakupionej "plazmy" lub "fury" a nie z szukania odpowiedzi na pytania typu:, "Kim jestem i dokąd zmierzam?... czy w ogóle, o co w tym wszystkim chodzi?"

Ale jest też "po drugie"! Jeżeli jako chrześcijanie wierzymy, że nasz Bóg - Stwórca wszystkiego, godny jest naszej najwyższej chwały i czci, to jaką chwałę i cześć On otrzymuje raczony przez nas "artystycznymi wytworami", które na tzw. "rynku świeckim" zostałyby zwyczajnie wyśmiane?!!! Czy rzeczywiście z naszej strony uczciwym, a Jemu miłym, jest darzenie Go zwyczajną miernotą a później utrzymywanie, że przecież najważniejsze są intencje a On i tak patrzy na serce?!!! Gdzie byliby ze swoją twórczością Michał Anioł, Bach, Rembrandt i Lew Tołstoj gdyby do tego, co robili podchodzili w ten sposób? Dlaczego - pytam się rozpaczliwie - nie ma we współczesnym Kościele refleksji - czy aby np. śpiewane na okrągło, mantryczne refreny, miast być miłe Zbawicielowi, przypadkiem nie wzbudzają u niego zwyczajnej odrazy? Ot choćby swoją beznadziejną wtórnością aranżacyjną i koszmarnym ubóstwem słownym? Innymi słowy - chwalimy czy... obrażamy?!!!

Sztuka to mozół! Sztuka to ból ciągłego doskonalenia warsztatu, to niepokój zaglądania w siebie, wręcz strach zobaczenia rzeczy niechcianych a jednak prawdziwych. Sztuka to ryzyko odrzucenia, niezrozumienia. Sztuka to ciągły dyskomfort poszukiwania... Sztuka to ciężka praca! Sztuka to mozół!!!

Niestety współcześnie Kościół popiera często słabą sztukę! Dlaczego?!!!!! Proszę - nie czyńmy z Boga prostaka!

Tomasz Żółtko
Kraków 10 06 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu edycji Towarzystwa Świętego Pawła)


"...[ Jezus ] przebywał na świecie i dzięki Niemu świat powstał, ale świat Go nie rozpoznał. Przyszedł do swego, swoi Go jednak nie przyjęli. Lecz tym wszystkim, którzy Go przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga - tym, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga."
Ew. Jana 1,10-13

Poznanie... rozpoznanie oraz przyjęcie Jezusa Chrystusa były i są po dziś dzień elitarne. Być może między innymi dlatego, że Bóg w niezrozumiałym dla nas stopniu ceni sobie pokorę. Jeżeli ktoś w Jego oczach chce być wielkim, musi najpierw stać się sługą, ponieważ to właśnie pokora (uniżenie, służba) poprzedza chwałę (por. Przyp.Sal.15,33; Ew.Mat.20, 26). Dla wielu współczesnych Chrystusowi nie do zniesienia były: miejsce Jego urodzin, pochodzenie, brak stosownego wykształcenia, niezrealizowanie politycznych aspiracji narodu, wreszcie - hańbiący koniec publicznej działalności. Pogardzili więc, zlekceważyli i... nie rozpoznali Mesjasza!

My dzisiaj teoretycznie jesteśmy w zdecydowanie bardziej uprzywilejowanej sytuacji. Posiadamy wiedzę o Logosie, o Światłości świata... Teoretycznie... Lecz... co z tego?! - chciałoby się zawołać (w rozpaczy?). Bo otóż wiedza - sobie, a nasze przyzwyczajenia, kulturowe uzależnienia - sobie. Cóż z tego, że niewyobrażalny w swojej potędze Stwórca wszystkiego, co istnieje, powodowany miłością, upokorzył się, zszedł na "ludzki poziom", posłał Syna, który został obrazoburczo zwykłym człowiekiem, zabitym jak najpodlejszy złoczyńca, abyśmy my, odtąd uwolnieni od potępienia, mieli możliwość zostać współdziedzicami wołającymi do Boga: Abba - Ojcze?! (por. Rzym.8,14-17) Cóż z tego, że mamy możliwość kochać Go i być przez Niego kochani, że mamy do Niego nieskrępowany dostęp, że możemy rozmawiać z Nim, liczyć na Jego zrozumienie, wybaczenie - praktycznie kiedy tylko zechcemy? Podobnie jak dwa tysiące lat temu ta prawda jest zbyt obrazoburcza - kłóci się z naszym dumnym doświadczeniem, przerasta pyszną wyobraźnię, jest nie do zniesienia dla naszych egocentrycznych emocji!!!

Stworzyliśmy więc instytucje i pośredników mających niedostępnego i ukrytego gdzieś w zaświatach Pana Boga trochę udobruchać, trochę Go oswoić. Owe instytucje i owi pośrednicy mają prawo i stosowne kwalifikacje, żeby się u Najwyższego za nami wstawiać i żebrać o jakieś ochłapy Jego trudnej przychylności. Bardzo żeśmy się do nich przyzwyczaili... Do tego stopnia, iż zaczynają mylić nam się z samym Stwórcą. Patrzymy więc na np. seksualne upadki niektórych duchownych i zastanawiamy się: j a k i m jest Bóg, u którego t a c y ludzie mają "znajomości"? Patrzymy na ich zwierzchników, niewahających się przez lata oszukańczo ukrywać prawdę (nierzadko milczenie kupując za pieniądze) a dzisiaj ciągle niegotowych do pokuty i przeproszenia na całe życie skrzywdzonych ofiar i zaczynamy się bać, czy aby Bóg nie jest tak samo zakłamany, bezduszny i obojętny na krzywdę... na łzy...

No, ale jest też światełko w tunelu - wspaniały Jan Paweł II. Podziwiamy go do tego stopnia, że w ostatni Wielki Piątek, przypadająca w tym szczególnym dniu rocznica jego śmierci była dla nas Polaków po stokroć ważniejsza niż rocznica śmierci Zbawiciela Mesjasza - Jezusa Chrystusa!!! Wszystkie media zgodnie informowały o Janie Pawle, o Chrystusie zgodnie milczały! W koło słyszałem jak wszyscy bardzo kochamy "naszego papieża-Polaka", o miłości do umęczonego na krzyżu Dawcy Zbawienia nie zająknął się nikt...

Doprawdy - gdzie jest człowiek a gdzie Bóg?! Kto jest kim?!!!

Zdaję sobie sprawę z tego, iż pisząc te słowa straszliwie się narażam. Być może narażam nie tylko siebie, ale także moją rodzinę. (Na przykład moje dzieci na nieprzyjemności w szkole.) Całkiem prawdopodobne, że zatrzaskuję sobie teraz niejedne "koncertowe drzwi". Trudno... Pomimo tego, że się bardzo boję, chcę w tym miejscu desperacko wykrzyczeć: Nie kościół, nie duchowieństwo, nie Jan Paweł II, ale Jezus Chrystus i tylko ON ma prawo i moc dawać życie wieczne!!! "Lecz tym wszystkim, którzy Go przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga- tym, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga."( Ew.Jana1,12-13)

Szanowny Czytelniku, tych słów nie wymyśliłem ja, lecz napisał je Apostoł Jan, jeden z najbliższych współpracowników Jezusa. Kończąc więc - proszę wybacz śmiałość - chcę Cię zapytać: Co Ty na to? Kim dla Ciebie jest Jezus Chrystus? Które miejsce w Twojej hierarchii ważności ON zajmuje? Czy możesz o sobie powiedzieć, że "narodziłeś się z Boga", więc Chrystusa kochasz ponad wszystko, z całej swojej siły, woli i serca? U kogo i gdzie - t a k n a p r a w d ę - szukasz zbawienia, miłości, dobra, sensu? Kto jest Twoim (bogiem) Bogiem? A może co...(nim) Nim jest?

PS.
Pragnę jeszcze dodać, iż:
Po pierwsze, wierzę w to, że skuteczność ofiary Jezusa Chrystusa jest wystarczająca, aby oczyścić p o k u t u j ą c y c h z każdego brudu, także z grzechu pedofilii i grzechu obłudy ukrywania tejże. Ofiara Chrystusa jest skuteczna również w przypadku mylenia Boga z człowiekiem... Po drugie, ufam , że Chrystus chce i może uleczyć w s z e l k i e zranienia np. będące udziałem ofiar pedofilskich praktyk. Po trzecie wreszcie, wyznaję, że sam jestem upadłym, (choć akurat nie w tej konkretnej dziedzinie) człowiekiem, który całe swoje zaufanie złożył w łasce Bożej. Nie czuję się więc w niczym lepszy od osób w felietonie w jakikolwiek sposób skrytykowanych.


Tomasz Żółtko Kraków 06 04 2010
(cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego Nowego Testamentu wydanego przez Ewangeliczny Instytut Biblijny - Liga Biblijna w Polsce Poznań-Bydgoszcz 2008)


"A faryzeusze... szemrali, mówiąc do Jego uczniów: Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami? Jezus im odpowiedział: Lekarz nie jest potrzebny zdrowym lecz chorym."
Łk.5,30-31

"Człowiekowi wydaje się, że każda jego droga jest prosta, ale PAN bada serce"
Przyp. Sal.21,2

Chociaż to nad wyraz ryzykowne - rozpocznę osobiście... Potrzebuję tego do dalszego wywodu. Jestem grzesznikiem! Wstyd mi! Zdarzało mi się w życiu upadać... wielokrotnie... Zdarzało mi się czynić zło. Krzywdzić ludzi. Mówić głupie i okrutne rzeczy. Czasem "tylko" niepotrzebne. Holender!!! Zdarza mi się do dzisiaj!!! Zdarza mi się nawet w stosunku do tych, których kocham... Szczególnie jeden upadek stanowił dla mnie katastrofę totalną... Byłem wtedy bardzo młody, snułem plany, życie stało przede mną otworem. I... wszystko się zawaliło. W przeciągu kilku tygodni, z dobrze zapowiadającego się, ambitnego studenta stałem się wrakiem człowieka. Pamiętam komentarze sporej (doprawdy sporej...) części moich znajomych: "No teraz to już przesadziłeś. Nie dźwigniesz się z tego! Nie chcemy mieć z Tobą nic wspólnego. Nie spełniasz naszych moralnych kryteriów. Niedopuszczalnie zaniżasz chrześcijańskie standardy. Jesteś n i k i m !!! Spadaj!!!" Nikt nie chciał choćby próbować zrozumieć, d l a c z e g o stało się, to co się stało i, że być może nie ja jestem przede wszystkim winien... Nie chcę rozdzierać szat, ale to był trudnowyobrażalny koszmar. Myślałem wtedy, że nie dam rady. Byłem jak trędowaty. Gorzej niż podłogowa szmata... Jeżeli dzisiaj - po dwudziestu paru latach od tamtych dni, jestem tym, kim jestem - to tylko dlatego, że Miłosierny postawił (rzekłbym - w ostatniej chwili) na mojej drodze kilkoro ludzi, którzy potrafili we mnie dostrzec nie tylko zło, ale także p o t e n c j a ł dobra. I uratowali mnie... Raczej - Bóg poprzez nich mnie uratował.

Jest coś takiego w naszej chrześcijańskiej (pseudochrześcijańskiej?!!! - sic!) naturze, że za wszelką cenę chcemy rozprawiać się ze złem tego upadłego świata. Cierpimy, obrażamy się, protestujemy, walczymy, potępiamy, głosimy sąd, egzorcyzmujemy, stajemy na straży wartości, bronimy ich ostatnich rubieży... I zazwyczaj na tym nasza inwencja i święty zapał się kończą. Nie dostrzegam bowiem zbyt wielu takich, którzy oprócz mówienia "nie", proponują coś w zamian, jakąś pozytywną alternatywę. Rodzi się pytanie - czy w chrześcijaństwie bardziej chodzi o to, by się przeciwstawiać złu, czy aby czynić dobro?

Sporo czytałem ostatnio protestów odnośnie planowanej na lato w Warszawie, homoseksualnej "parady równości". Ileż w nich napiętnowania, oburzenia, przytaczania dowodów o kompletnym upadku moralności. Z jednej strony rozumiem to. Homoseksualiści często prowokują (nierzadko w wyuzdany sposób) heteroseksualistów do takich właśnie zachowań a potem lamentują, że przytłacza ich homofobia i nietolerancja. Jednak... co chrześcijanie zyskują, podbijając jeszcze bardziej ten bębenek? Jasne, można ziać gniewem np. na Eltona Johna, twierdzącego publicznie, że "Chrystus musiał być gejem". Rzeczywiście, nóż się otwiera w kieszeni, więc można się oburzać, podawać go do sądu za obrazę uczuć religijnych, no w ogóle załamywać ręce... Ale też można się o niego modlić i zastanawiać co powinno się zrobić, żeby choćby spróbować zasugerować jemu i innym, że obraża on Tego, kto go n a p r a w d ę kocha i chce mu pomóc.

Chciałbym tych wszystkich kontestujących planowaną paradę, podpisujących protesty i wpisujących się na stosowne strony internetowe - zapytać: Modlicie się o tych ludzi? Czy im w imieniu Chrystusa dobrze życzycie? Czemu w Internecie są "chrześcijańskie strony" mówiące z całą stanowczością " nie - dla parady równości" ,a nie ma ani jednej, która stanowiłaby forum wymiany myśli - jak możemy tych ludzi p r ó b o w a ć inspirować Jezusem? Żeby sami zobaczyli, że nie mają racji...

A czemu nie ma ani jednej internetowej strony piętnującej np. plotkarstwo?

Apostoł Paweł napisał kiedyś: " Czy nie wiecie, że niesprawiedliwi nie otrzymają królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani zachłanni, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie otrzymają królestwa Bożego." (I Kor 6,9-10) Zwracam uwagę, że Paweł stworzył listę grzechów, gdzie homoseksualizm jest wymieniony jako jeden z... Nie jest grzechem ani cięższym ani lżejszym od pozostałych. Bądźmy więc konsekwentni i twórzmy strony internetowe kontestujące - oprócz plagi plotkarstwa, koszmarnie wyniszczającej kościoły (czy przesadzam?) - także np. współżycie przedmałżeńskie młodzieży chrześcijańskiej (eksperymentującej w tej materii też na tzw. obozach ewangelizacyjnych), współpracę chrześcijan ze służbami specjalnymi PRL, głoszących "ewangelię sukcesu", niepłacących uczciwie podatków itd. itd.
Czemu nie ma takich stron?!!!

Proponuję - nie walczmy o pokój, ale czyńmy go. Mniej walczmy ze złem, więcej czyńmy dobra. Jeżeli nie zgadzam się z Owsiakiem (patrz moje ostatnie pisanie...), to zwyczajnie nie daję mu pieniędzy, a nie od razu wytaczam armaty i w zacietrzewieniu wchodzę w egzotyczne sojusze z ludźmi o ewidentnie złej woli. Jeżeli nie podoba mi się Przystanek Woodstock, to go nie wyklinam od czci i wiary ale przykładam rękę np. do SLOT ART FESTIWALU - imprezy alternatywnej, prowadzonej przez chrześcijan... Zamiast pisać protesty w sprawie parady gejów i lesbijek, pilnujmy przestrzegania prawa i egzekwujmy (jeżeli trzeba, to nawet w sądach), żeby nie było na niej np. szkodliwej i obraźliwej obsceniczności. Ale nie zamykajmy im ust i możliwości wyrażania przekonań. Ot choćby dlatego, żebyśmy my mieli możność publicznie twierdzić, dlaczego uważamy homoseksualizm za praktykę z naszego punktu widzenia grzeszną i nie do zaakceptowania. Przede wszystkim zaś też dlatego, żebyśmy nie odbierali sobie moralnego prawa pokazywania tym ludziom kochającego ich Zbawiciela świata. Całego świata... Także tej jego homoseksualnej części...

Na swojej stronie, na Facebooku napisałem: " Grzeszny świat obśmiewa i dyskryminuje chrześcijan. Chrześcijanie potępiają grzeszny świat. Grzeszny świat obśmiewa i dyskryminuje chrześcijan. Chrześcijanie z całą mocą potępiają grzeszny świat. Diabeł ma ubaw..."

Podtrzymuję to!

Tomasz Żółtko
Kraków 23 02 2010

(cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego wydanego przez Towarzystwo Świętego Pawła)

PS.
Sporo lat temu, w Krakowie, zupełnie przypadkiem zderzyłem się na spacerze z ówczesną "paradą równości". Mogłem więc obserwować co się działo. A działo się...! Młodzież Wszechpolska, mając na ustach bardzo szlachetne hasła, regularnie próbowała obrzucać paradę, kuflami do piwa. Byłem bliski, żeby się przyłączyć do gejów...
tz


"Mądrzy ukrywają swą wiedzę, natomiast usta głupca szerzą zagładę."
Przyp. Sal. 10; 14

Na Facebooku jest strona zrzeszająca osoby wrogo nastawione do Jurka Owsiaka i zwalczające jego WOŚP. Odkryłem ją dzisiaj. Przypadkiem... Na dosyć pokaźne grono jej fanów ( ok. 600 ) składają się rzecz jasna zwolennicy o. Rydzyka, zaś oprócz nich - najprzeróżniejszych odcieni skrajni konserwatyści ( aż po krypto nazistów ) oraz ... grupa fundamentalnych i charyzmatycznych chrześcijan. W sumie bardzo oryginalne towarzystwo.

Wypowiedzi na stronie - rzekłbym - standardowe. A to że Owsiak szerzy libertynizm obyczajowy, a to że jest na pasku żydowskiej masonerii Adama Michnika, a to że popierają go zaprzedane wrogom Ojczyzny, "polskojęzyczne" media, a to że jest źle nastawiony do wyznawców Chrystusa itd. itd.

Nie jestem przesadnym fanem Owsiaka. Nie wpadam w cielęcy zachwyt słuchając jego różnych wywodów, nie powalają mnie jego okulary ani żółta koszula. Jednak... zastanawiam się jakie dobro chcą osiągnąć Ci, którzy go w nienawistny sposób traktują. Czy w Polsce byłoby lepiej gdyby, kiedyś tam Owsiak nie wpadł na pomysł ogólnonarodowej zbiórki na leczenie różnorakich chorób? Czy szpitale, opierając się na budżetowym finansowaniu, mogłyby kupić tyle samo specjalistycznego wyposażenia? No i czy kilkanaście milionów Polaków, co roku ofiarowujących Wielkiej Orkiestrze małe i duże pieniądze, stanowi zmanipulowaną masę naiwnych, romantycznych półgłówków? Więc o jakie dobro chodzi?!!!
Albo inaczej. Jaką realną alternatywę chcą i mogą zaproponować Ci, dla których Owsiak jest diabłem wcielonym? Ile pieniędzy i na co potrafią zebrać?

W Polsce przeraża mnie ogrom bezinteresownej nienawiści. Ogrom fanatyzmu i sfrustrowanego zakompleksienia. Żeby się trochę lepiej poczuć, trzeba koniecznie drugiemu rzygnąć prosto w twarz... Nawet podpierając się Duchem Świętym!

"Usta głupca szerzą zagładę" - napisał kiedyś Salomon. Myślę, że wspomniana strona wykonuje dokładnie taką robotę. Gratuluję.

Tomasz Żółtko
Kraków 15 02 2010
(cytat biblijny zaczerpnięty z Pisma Świętego wydanego przez Towarzystwo Świętego Pawła)


"Gdzie nie ma rozwagi, tam nawet gorliwość nie jest dobra..."
Przyp.Sal.19,2a

Uwaga - będzie sarkastycznie!

Dzisiaj (tj. 29.12. 2009r.) rano Chiny wykonały wyrok śmierci na chorym psychicznie obywatelu Wielkiej Brytanii - Akmalu Shaikhu, skazanym na tę karę za "zbrodnię" przemytu czterech kg heroiny na teren Chińskiej Republiki Ludowej. Protestował cały zachodni świat, protestował premier Gordon Brown, organizacje praw człowieka - wszystko na nic! Człowiek został zastrzelony. Pierwszy Europejczyk od ponad pięćdziesięciu lat... No cóż... być może powinniśmy docenić humanitaryzm tego wyroku. Szybka, krótka śmierć. Mogli mu przecież najpierw wyłupić oczy, odciąć język, potem przerzynać piłą...

Europa zasłużyła sobie na takie traktowanie. Chinom od dziesięcioleci bezkarnie "wolno" dokonywać masowych mordów na walczących o wolność Tybetańczykach, niewolniczo wykorzystywać własnych obywateli, zmuszając ich do pracy w nieludzkich warunkach i płacąc im grosze, wyrzucać na bruk dziesiątki..., może setki tysięcy ubogich mieszkańców Pekinu, gdyż ich domy i mieszkania przeszkadzały w budowie najwspanialszych i najokazalszych na świecie olimpijskich obiektów sportowych... Unia Europejska i Stany Zjednoczone zaś z wymiotną hipokryzją, od co najmniej dziesięciu lat zgodnie utrzymują, że należy oddzielać wymianę handlową z Chinami od moralności ( czytaj: od upominania się o respektowanie praw ludzkich w państwie środka ). Rzecz jednak nie sprowadza się tylko do wielkiej polityki, ale dotyka także każdego z nas. Bo przecież - tak naprawdę i bez "ściemy", to mamy głęboko w dupie los jakichś tam np. Tybetańczyków. Tak naprawdę to nieustająco ważne są dla nas tanie trampki, podkoszulki i komputery z Chin. No - liczyła się także frajda oglądania transmisji z olimpiady, czego najlepszym dowodem były zachwyty nad jej "najwspanialszą w nowożytnych dziejach oprawą" - wyrażane przez niektórych naszych obrzydliwie konformistycznych, bezrefleksyjnych komentatorów sportowych...

Skąd więc teraz załamywanie rąk, że Chińczycy nie licząc się z nikim, pozbawili na stałe tętna i oddechu, jakiegoś tam Brytyjczyka...?!!! Poczekajmy jeszcze kolejnych dziesięć lat, a oni ( korzystając z niewolniczej pracy milinów ) wykupią większość państwowych obligacji USA i krajów UE i do spółki z rozmnażającymi się jak króliki wyznawcami Allaha, skolonizują nas i ubezwłasnowolnią w naszych własnych domach. Jeśli nie zmądrzejemy...

Jednak kogo to dzisiaj w Polsce obchodzi i porusza...? Oferowana przez nas chrześcijańska odnowa moralna nie dosięga pogańskich poddanych Dalajlamy. Zainteresowanie ekonomią kończy się na opłotkach upadłych ( oczywiście z winy Tuska ) stoczni. My bronimy krzyża!!! Na czele z Panem Prezydentem, który ( wsparty autorytetem wysokich purpuratów ) publicznie zadeklarował, że nikt nigdy w naszej Ojczyźnie krzyża nie zdejmie. Na przekór obrzydliwym ateistom, europejskim trybunałom - krzyż w polskich urzędach i szkołach pozostanie! Cóż za ulga! Gołym okiem bowiem widać, że odkąd krucyfiksowi przywrócono nad Wisłą publiczny status ( publiczne wiszenie? - sic !!! ), jak ręką odjął ustąpiły nasze narodowe plagi ( np. pijaństwo, korupcja, przemoc w rodzinie... ), urzędnicy w jego cieniu obsługują nas bez porównania szybciej i kulturalniej, dzieci w szkołach stały się grzeczniejsze i inteligentniejsze, zaś parlament - odkąd w nim także zawisł ów symbol - nieprzerwanie zadziwia mądrością, łagodnością, refleksyjnością, umiłowaniem Polski i Polaków oraz wieloma równie doniosłymi cnotami naszych posłanek i posłów. Wszystko dzięki krzyżowi...

Tylko od czasu do czasu, ktoś zdobędzie się na bezczelność i zapyta o Chrystusa w sercach... Niemądry!!! On przecież na krzyżu... na poczcie, w ZUS-ie, szkole, Sejmie...

Dosłownie za parę chwil minie kolejny rok. Egoistycznie zastanawiam się czego powinienem sam sobie życzyć na następny. Może wyjazdu do Nowej Zelandii? To kraj pięknych krajobrazów ( wystarczy obejrzeć ekranizację trylogii Tolkiena ), wspaniałej przyrody. Zamieszkuje go relatywnie niewielu mieszkańców, zgodnie niebroniących krzyża... Za to na głowę każdego z nich, statystycznie przypada po parę owiec. A owce to miłe i dobre stworzenia, zgodnie z dawnym refrenem, który trzydzieści lat temu musiałem śpiewać na kościelnych obozach wakacyjnych:" ...nie chcę być faryzeuszem - wolę owcą być, beeeeee !!!" Tak więc wszystkiego najlepszego w nowym roku!

Tomasz Żółtko
Kraków 29 12 2009
cytat biblijny zaczerpnięty z Biblii Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego


"Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, świadkiem mi jest w sumieniu Duch Święty: odczuwam ogromny smutek i ustawiczny ból w moim sercu. Gotów byłbym dla braci moich być wyłączonym i pozostawać z dala od Chrystusa. Są to przecież rodacy moi według ciała, Izraelici, którzy cieszą się przybranym synostwem i chwałą, przymierzem, Prawem, pełnieniem służby Bożej i obietnicami. Ich są ojcowie, z nich narodził się według ciała Chrystus, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki." Rzym.9;1-5

No, no... Niezwykłe wyznanie, czyż nie?! Co prawda apostoł Paweł chwilę wcześniej pisze o tym, że nic jest w stanie odłączyć go od miłości Jezusa, ale zaraz potem oświadcza ( w autorytecie Ducha Świętego - sic! ), że byłby gotów sam się poświęcić, żeby tylko jego zacietrzewieni religijnie rodacy mogli zostać zbawieni. Gdyby tych słów użył ktoś inny, pomyślałbym, że są to takie egzaltowane dyrdymały... Jednak to sam Paweł przecież... I do tego powołujący się na Ducha Świętego!

Z drugiej strony - dlaczego ten tekst brzmi dla nas dzisiaj tak bardzo egzotycznie?

Czy aby "tresowani" wszechobecną reklamą, nieustająco stymulującą naszą potrzebę posiadania, podobnie nie zaczynamy traktować chrześcijaństwa? Samego Boga? Decydujemy się stanąć po stronie Mesjasza, ponieważ w zamian pragniemy m i e ć Jego miłość, zbawienie, moc, dary, udane życie, zdrowie itd. itd. "Chrystusie, ok! Zgadzam się na Twoją łaskę, zgadzam się wyznać Cię moim Panem - jednak w zamian chcę stać się właścicielem tego wszystkiego, co wynika z Twojej ofiary." Taki swoisty barter... Trochę jak w czasach przyjaźni polsko-radzieckiej: ZSRR bierze od Polski statki. W zamian za to Polska daje mu węgiel, pszenicę, ziemniaki itd. A przecież podobno chodzi o to, by... k o c h a ć !!!... Boga ponad wszystko, a drugiego człowieka podobnie jak samego siebie. Rzecz jasna można mieć oczekiwania od osoby kochanej, ale nikt, kto nie jest cynikiem i kocha naprawdę nie będzie miłości traktował w kategoriach handlu wymiennego.

Apostoł kochał swoich rodaków i był gotowy do trudno wyobrażalnych poświęceń, po to by mogli oni rozpoznać w Jezusie z Nazaretu oczekiwanego Mesjasza. A pisze on wszak o ludziach, którzy go prześladowali, kamieniowali, szykanowali. Czy to nie powinno zawstydzać? Nas - strzegących n a s z e g o zbawienia, zabiegających o powodzenie n a s z e g o kościoła i interesujących się losem jedynie n a s z y c h najbliższych...

Jednak można też inaczej. Można się stawać coraz bardziej szlachetnym altruistą, po to żeby Stwórcy ciągle coś udowadniać ( Spójrz Panie Boże jak się staram. Nie jestem taki zły... Proszę doceń to jakoś... ). Można usilnie próbować zaskarbić sobie Jego życzliwość, leczyć własne lęki, niepewność jutra lub walczyć o wyższą pozycję - kiedyś w niebie. Poświęcam się dla innych, ponieważ chcę p o s i ą ś ć spokój sumienia. Móc lepiej zasypiać... Są tacy, którzy gotowi są dawać wielkie pieniądze na piękne i dobre cele głównie... ( tylko...? ) dlatego, ponieważ liczą na to, że Bóg w z a m i a n będzie czynił ich jeszcze bardziej bogatymi.

Czy Paweł miał podobne motywacje?

W jakiego Boga wierzymy; jakiego Boga znamy - jeżeli do poświęceń popychają nas takie i podobne im pobudki? Czy bylibyśmy szczęśliwi gdyby w podobny sposób traktowały nas, np. nasze dzieci?

Wypowiedź Apostoła Pawła zawiera jeszcze jeden "smaczek". Myślę, że ważny szczególnie w polskiej rzeczywistości. Otóż pisze on o Żydach! Nie o jakimś tam narodzie. Pisze o Narodzie Wybranym, o Żydach. Dla ich zbawienia gotów jest zrezygnować z własnego, pomimo nierzadkich przejawów nienawiści z ich strony. Jest na to gotów nie tylko dlatego, że sam jest Żydem i rzecz dotyczy jego rodaków. Gotowość Pawła wynika także ( przede wszystkim...? ) z tego, iż Izraelowi zostały powierzone największe Boże obietnice i z niego wywodzą się najwięksi Boży faworyci na Mesjaszu ( w Jego ludzkim wymiarze) i apostołach kończąc. Jakże odległa jest wiedza o tym i świadomość tego od wielu współczesnych Polaków. Koronują oni Chrystusa, jeszcze częściej Jego matkę ( też przecież Żydówkę - sic! ), na króla i królową Polski i jednocześnie widzą Ojczyznę spętaną siecią żydowsko-masońskich spisków. Winią Żydów za wiele swoich niepowodzeń i są zdecydowani częściej ich nienawidzić niż być gotowymi do najmniejszych choćby poświęceń na ich rzecz. Zdaję sobie oczywiście sprawę z niewielkiej oryginalności powyższej konstatacji, ale nie mogę się także oprzeć wrażeniu, iż ciągle problem należy w moim Kraju do tych nabrzmiałych i nieustająco aktualnych...

Tak więc... Co rzeczywiście w nas siedzi? We mnie i w Tobie Czytelniku. Jeżeli od czasu do czasu ( i nie oszukujmy się - nie dzieje się to przesadnie często) decydujemy się dać coś z siebie drugiemu człowiekowi - to dlaczego? Co chcemy w takich sytuacjach osiągnąć i na co liczymy? W dobie, kiedy coraz większego znaczenia nabierają rzeczy i sprawy dostrzegalne na pierwszy rzut oka - nowy samochód, zdolność głoszenia błyskotliwych kazań, wypychający skąpy stanik silikonowy biust, elegancka rezydencja i gabinet na najwyższym piętrze drogiego biurowca. Albo... gdy tkwimy mocno w kulturowym konwenansie odmalowującym w naszych duszach upiorny obraz Boga beznamiętnie odmierzającego na szalach nasze dobre i złe uczynki.

Poza wszystkim zaś, czy Apostoł Paweł był fanatykiem, oszołomem czy pełnokrwistym mężczyzną, wiedzącym, o co tak naprawdę chodzi?

Tomasz Żółtko 
Kraków 25 08 2009
Cytat biblijny zaczerpnięty z Nowego Testamentu w tłumaczeniu ks. Kazimierza Romaniuka


Roman Vishniac był znakomitym fotografem a także... Żydem niemieckiego pochodzenia. W latach 1933 - 1939, przeczuwając nadchodzącą hekatombę, odwiedzał z aparatem w ręku żydowskie dzielnice polskich miast i dokumentował codzienną egzystencję ich mieszkańców. W 1939 roku krótko przebywał także w Warszawie, gdzie, między innymi, sfotografował małą, dziesięcioletnią Sarę. Sara pochodziła z bardzo ubogiej rodziny. Jej rodziców nie stać było, by kupić dla niej ciepłe buty, stąd Sara całą zimę pozostawała w domu. Mało tego. Piwnica, w której stało jej łóżko, nie była ogrzewana. Dziewczynka większość czasu spędzała więc pod pierzyną... Ojciec, chcąc podtrzymać w dziecku nadzieję doczekania ciepłych, bardziej radosnych dni, namalował na ścianie nad jej posłaniem wielki bukiet wiosennych kwiatów...

Roman Vishniac przeżył II Wojnę Światową. W jakiś czas po jej zakończeniu przyjechał ponownie do naszej stolicy. Próbował znaleźć wspominane miejsce, jednak bezskutecznie. Po powstaniu w getcie, budynku w którym mieszkało dziecko i jego rodzice - już nie ma. Małej Sary też...

Pozostało wzruszające zdjęcie. Kreśląc te słowa mam je właśnie przed sobą. Niezwykłej urody, rozczochrana dziewczynka, wielkimi, pięknymi oczyma wpatruje się lekko zalękniona w obiektyw. Za nią na ścianie widnieje pokaźny bukiet wiosennych kwiatów...

Napisałem utwór o Sarze. Jest już gotów. Zapewne ukaże się na mojej najnowszej płycie. Póki co, zamieszczam jego tekst. Ośmielam się to zrobić, gdyż pisząc go, po raz kolejny uświadomiłem sobie, iż obojętność wobec zła czyni nas z a w s z e współodpowiedzialnymi! Wielu moich rodaków nie dopuszcza tego do świadomości...

SARA
sł.i muz. TŻ

I
Zima a tu butów brak
Pokój dziecka niczym cały świat
Pod pierzyną bose stópki dwie
W oczach strach, że przyjdą wkrótce skrzywdzić mnie
Miłość rodziców przestała zamkiem wielkim być
Jego mury kruszą źli...
Inny - straszny postawili wokół, tuż
by błękitu oczu strzec...
Co powiedzieć dziecku w taki czas?
Co dlań zrobić, jakim być?
Namalować kwiaty, kwiatem się stać!
Zbudzić nadzieję, że wiosna przecież kiedyś musi przyjść...
... A może nie...?
Mała Sara więcej nie ujrzała jej
Jak dziś wytłumaczyć to
w bezkrólewiu dusz?

Ref.
Saro, Saro
jest mi wstyd!
Obojętność gettem w sercu mym!
Po niewczasie burzę hańby mur
Saro, Saro
wybacz mi...!

II
Zima a tu butów brak
Nienawiść zawsze rodzi biedę nam
Pod pierzyną bose stópki dwie
Kim byłbym żyjąc obok niej?
Rasa panów piekło rozpaliła w nas
Nikt nigdy nie dogasił drew...
Za to mury stoją, stoją wokół, tuż
żeby ciągle ktoś się bał...
Co powiedzieć dzieciom w taki czas?
Co dla nich zrobić, jakim być?
Namalować kwiaty, kwiatem się stać!
Zbudzić nadzieję, że wiosna przecież kiedyś musi przyjść...
... Właśnie tak...!
Z małą Sarą będąc za pan-brat
Tak bardzo pragnę wytłumaczyć to
w bezkrólewiu dusz...

Ref.
Saro...

III
Zima - na śnieg nijak wyjść
Pokój dziecka zamieniony w pył
Dziś chcę Sarze nowe buty dać
Połykając łzę...

Tomasz Żółtko
Kraków 13 05 2009

PS.
Do napisania zainspirował mnie przeciekawy człowiek - Waldemar Radacz. Ksiądz ewangelicki..., że się tak w przenośni wyrażę - "na uchodźctwie"... Waldku - dzięki!!!

Zdjęcie Sary zaś można obejrzeć. Najłatwiej kupując wspaniałą książkę Marka Edelmana "I była miłość w getcie". Sara jest na okładce...

Tomasz Żółtko


„…[ Jezus ]… wstał od stołu, złożył swe szaty, wziął prześcieradło i przepasał się nim. Potem napełnił naczynie wodą, zaczął umywać uczniom nogi i ocierać je prześcieradłem, którym był przepasany…
…Kiedy już umył im nogi … wrócił na swoje miejsce przy stole i zapytał ich: Czy wiecie, co oznacza to, co wam uczyniłem? Wy nazywacie mnie Nauczycielem i Panem. Dobrze mówicie, bo jestem nim. Jeżeli wobec tego ja, Pan i Nauczyciel wasz, umyłem wam nogi, to czyż wy nie powinniście sobie nawzajem nóg umywać? Zostawiłem wam przykład, żebyście sobie nawzajem to czynili, co ja wam uczyniłem…
…Postępujcie… zgodnie z tym, a będziecie szczęśliwi.”
J 13,4-5; 12-15; 17b

Oto Jezus Chrystus – Mesjasz – w całej swojej boskości i chwale!!! Półnagi, przepasany prześcieradłem, nisko pochylony przed szarymi, zwyczajnymi ludźmi i myjący im zakurzone… przepocone stopy! Oto kto dla Boga jest wielki! Oto co dla Boga jest wielkie!

Od tego zdarzenia mija dwa tysiące lat. Jesteśmy jako chrześcijanie doskonale, teoretycznie„uzbrojeni” we wnioski zeń płynące a jednak… słowa Nauczyciela, jego półnagie ciało i pochylenie, no i wreszcie ta miednica z brudną wodą… niezmiennie stanowią dla nas coś w rodzaju nieakceptowalnego w praktyce skandalu. Bo przecież, tak    n a p r a w d ę   odnajdujemy w sobie zupełnie inne pragnienia i tak   n a p r a w d ę  skojarzenia z wielkością mamy diametralnie inne… Pomimo, że gdzieś tam z tyłu głowy obijają nam się zdania:       „… Kto by wśród was chciał być wielkim, niech będzie waszym sługą, a kto by chciał stać się pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn człowieczy również nie przyszedł po to, żeby Mu służono, lecz żeby służyć i oddać swoje życie na okup za wielu.”
Mk 10,43b-45

Bywamy więc wewnętrznie rozdarci i jeżeli cynizm nie zabił jeszcze naszych sumień, to owo rozdarcie, boleśnie nam dokucza…
 
Dlatego próbujemy  sobie z nim jakoś radzić. Tyle że często próbujemy  s a m o d z i e l n i e … no i wychodzą nam różne kwiatki - tyleż groteskowe co żałosne. A to w kościołach, w Wielki Czwartek, na oczach kamer i tłumów hierarchowie ( przyodziani bynajmniej nie w „pokorne” prześcieradła lecz kosztujące majątki liturgiczne szaty ) polewają odrobiną wody, odmoczone wcześniej stopy starców ( co samo w sobie jest może nawet ładnym gestem, ale z tym co uczynił apostołom Chrystus doprawdy nie mającym wiele wspólnego … ), a to zwyczajowo zaczęliśmy nazywać „usługiwaniem” najbardziej prestiżowe aktywności w Kościele ( np. mówienie kazań ) i do tego jeszcze utrzymujemy, że są one tak samo doceniane przez ogół jak np. sprzątanie, zmywanie naczyń itp; a to oficjalnie utrzymujemy, że wszystkie Dary Duchowe są tak samo potrzebne, jednocześnie – dziwnym trafem – zdecydowanie preferując te najbardziej spektakularne itd. itd.

I tak rodzi się karykatura…

Bo   n a p r a w d ę -  to  wiemy, że  wielkimi są błyskotliwy ewangelista a nie pomywacz, sławny artysta gospel a nie sprzątacz toalet, namaszczony prorok a nie pielęgniarka w domu starców…

Czy się mylę?
 
Bo też kogo sadzamy na pierwszych, najbardziej zaszczytnych i wyeksponowanych miejscach w naszych kościołach? Kogo oficjalnie witamy?  Komu się pierwsi nisko kłaniamy?  Kogo podziwiamy? 
Wreszcie – co nam imponuje i kim pragniemy być? … w Kościele… wśród naśladowców Tego, co kiedyś zgięty nisko, z miską wody… uczniom mył nogi…

Zdaję sobie sprawę, iż pisząc o tym łatwo popaść w demagogię. Znam próby udowodniania – na podstawie wielkoczwartkowej historii, że woźny powinien być ważniejszy od dyrektora… salowa od ordynatora…
Nie chcąc zajmować się bzdurami, powiem wprost – dla Chrystusa liczy się nasza postawa.
 To takie banalne… To takie trudne!!!

Ileż ludzkich zranień, ileż niekończących się podziałów, odejść od wiary, ileż klątw i obelg wynikło i wynika z niezdrowych ambicji, chęci znaczenia, podziwu, ślinienia się na myśl o rządzie dusz - ludzi mieniących się   s ł u g a m i   Kościoła… Pragnących podobno służyć…
A ileż towarzyszy temu zapewnień, że przecież chodzi o czystość nauki, właściwe duszpasterstwo… o Ducha Świętego… o rozwój…
Przeraża mnie to.   

Jest jednak w przytoczonym, ewangelicznym tekście coś także dla mnie niezwykle krzepiącego. Widzę w nim bowiem Chrystusa nie brzydzącego się człowieczeństwem takim, jakim ono jest – nawet jeżeli jest brudne i przepocone ( w sensie dosłownym i przenośnym ). Widzę w nim Chrystusa niebrzydzącego się mną – grzesznym marnym człowiekiem… Człowiekiem o bardzo kiepskim życiorysie, z bardzo często niezdrowymi ambicjami i dążeniami. Ten tekst pokazuje mi Jezusa, który nie tylko ode mnie wymaga pokory, ale który jest ( także wobec mnie!!! ) pokornym. Dzięki Niemu nie muszę więc beznadziejnie wdrapywać się na niedostępne wyżyny boskiej świętości, żeby Mu udowodnić, ze jednak nie jestem taki zły. Wystarczy, gdy ( …tylko… aż – sic!!! ) zegnę mój krnąbrny kark, zacznę innych uważać za bardziej godnych… ważnych i będę im służył w Jego imieniu.
To takie banalne… To takie trudne!!!

Chrystusie
 – dziękuję za Twój przykład pokory. Chcę być do Ciebie podobnym. Proszę pomóż mi! A także strzeż mnie przed   p o z ą   służenia, przed bełkotem wystudiowanych i haniebnie kłamliwych rytuałów i świętoszkowatych zapewnień. Potrzebuję przemiany umysłu, abym chciał i potrafił żyć według Twoich standardów oraz w oparciu o nie postrzegać innych. Pomóż być pokornym   n a p r a w d ę.
Znajdować w pokorze szczęście.
Amen.

Tomasz Żółtko 
Kraków 03 01 2009
cytaty biblijne zaczerpnięte z Pisma Świętego Nowego Testamentu w przekładzie ks. Kazimierza Romaniuka  


„I wydała na świat Syna pierworodnego, owinęła Go w pieluszki i złożyła w żłobie, bo zabrakło dla nich miejsca w gospodzie.”
Łk.2,7

Fascynuje mnie w Bogu oryginalność Jego działania – wkraczania w historię – oraz, jakby to zabrzmiało niezręcznie… godna pozazdroszczenia suwerenność w podejmowaniu decyzji. Pominę fakt, że narodzenie Chrystusa, w takich a nie innych okolicznościach, od dwóch tysięcy lat przypomina nam, iż dla Boga pokora ma znaczenie kapitalne; nie do przecenienia wręcz. Niby wszyscy chrześcijanie o tym wiedzą, ale jak przychodzi co do czego, to i tak bierze w nas górę przekleństwo potrzeby bycia ważnym, docenionym, przynajmniej zauważonym ...

Chciałbym raczej zwrócić uwagę na to, że postanowienie posłania swego jedynego Syna na świat – gdzieś do mało znaczącej prowincji, do obrazoburczo zwykłej… plebejskiej rodziny i wreszcie Jego urodziny w stajni ( patrz: Fil.2,5-8 ) świadczą o tym, że Bóg podejmuje absolutnie suwerenne decyzje, kierując się wyłącznie tym, co On uznaje za właściwe a nie np. tym „co ludzie powiedzą”.

Panie – co też ludzie powiedzą?!!! U nas się tak nie przyjęło! Do czego to podobne! Żeby pozwolić… co tam – samemu wybrać... własne dziecko urodzone w stajni!!! To jest  
n i e n o r m a l n e !!!

Oto przykład doskonałej i mądrej wolności Stwórcy. Wiedział, co będzie najlepsze i wybrał.

Mógł tak uczynić, bo jest doskonale wolnym Suwerenem i dysponuje tą fascynującą dla mnie autonomią w decydowaniu.

Apostoł Paweł napisał kiedyś: „Chrystus nas oswobodził po to, żebyśmy byli rzeczywiście wolni. Trwajcie więc w tej wolności i uważajcie, żeby nie popaść na nowo w niewolę.” ( Gal.5,1 ) To jest jeden z owoców Bożego planu zbawienia – posłania Jezusa na świat – wolność dla naśladowców Mesjasza. Najbliższy kontekst listu do Galacjan wskazuje na uwolnienie od wymogów Prawa żydowskiego, myślę jednak, iż nie będzie nadużyciem teza, że chodzi też o wolność rozumianą szerzej. Wolność do szukania Bożej woli. Szukania u w o l n i o n e g o od martwej tradycji, celebry, przyzwyczajenia, skostniałego konwenansu – słowem tego wszystkiego co zawiera się w panicznym stwierdzeniu: „Ale co ludzie powiedzą?!!!” Albo: „Czy to wypada?!!!”

Chcę być dobrze zrozumiany. Pisząc te słowa nie zamierzam lansować niedojrzałego nonkonformizmu lub taniego skandalizowania. Chodzi mi o prostą refleksję, że jeżeli Bóg kierowałby się obawami wynikłymi z ludzkich powierzchownych – czasem beznadziejnie głupich opinii – to Jezus nigdy nie przyszedłby na Ziemię aby ratować nas przed potępieniem! Wyciągajmy z tego praktyczne wnioski! Dzięki Chrystusowi możemy być wolni, możemy na nowo cieszyć się własną, niepowtarzalną i niepodrabialną autonomią. Każdy z nas!!! Szukając Bożej mądrości i pełni Ducha Świętego korzystajmy z tej autonomii roztropnie ale też i odważnie! Jak bowiem współcześni Jezusowi Żydzi w większości nie rozpoznali w Nim oczekiwanego Mesjasza, ponieważ między innymi ich przyzwyczajenia nakreśliły Jego diametralnie inny wizerunek, tak i my dzisiaj możemy się z Nim tragicznie rozmijać stawiając na pierwszym miejscu niewolnictwo naszej religijności i obyczajowości. „No bo przecież u nas… w moim kościele… w moim środowisku… to takie rzeczy się nie przyjęły.

My takich rzeczy nie praktykujemy…”

Zauważmy, to nie są sprawy błahe. Postawa i słowa Chrystusa dla przygniatającej większości słuchających Go tłumów jawiły się obrazoburczymi, ponieważ często miały się nijak do tego, co oni ówcześnie praktykowali…

Nie wiem, ale być może Duch Święty … bożonarodzeniowo… prowokująco chce nas przekonać: „Bądźmy autonomicznymi, myślącymi jednostkami! Szukajmy Oryginału ( i wszystkiego tego, co wynika ze znalezienia Go ), nie zadawalajmy się odmóżdżonym erzacem, nie zachwycajmy się marnie egzystującym w mętnej wodzie tzw. królewskim karpiem ( żyjącym tylko po to, żeby wylądować w piekle świątecznej galarety ), ale raczej bierzmy przykład z pstrągów i łososiów, mających piękną determinację, odwagę i fantazję by wbrew wszystkiemu płynąć pod prąd. Niech w większości okrągłe, świąteczne homilie „na okoliczność” oraz rodzinne popijanie kompotu z suszek nie przesłonią nam i tego rodzaju refleksji…

Tym bardziej, że rzecz dotyczy t a k ż e wieczności każdego z nas…

Tomasz Żółtko
Kraków, Boże Narodzenie 2008
cytaty biblijne zaczerpnięte z Nowego Testamentu w tłumaczeniu ks. Kazimierza Romaniuka


„Celem tego napominania jest miłość płynąca z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej. Niektórzy nie troszcząc się o to, zagubili się w pustej gadaninie.” I Tym. 1;5-6

Zostaliśmy z Żoną okradzeni. Dotkliwie. Zabrano nam laptop, kamerę, telefon, parę drobiazgów… Wybraliśmy się wakacyjnie na parę dni do naszych przyjaciół mieszkających w Mrągowie na Mazurach. On jest ewangelickim księdzem – proboszczem Mrągowskiej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej, Ona rehabilitantką oraz… małżonką, jako że księży ewangelickich nie obowiązuje celibat. Piotr i Danuta Mendrochowie. Dzielne i niezwykłe małżeństwo. Od wielu, wielu lat służbę ewangelizacyjną i duszpasterską łączą z organiczną pracą „u podstaw”: dokarmiają biedne dzieci i „wyprowadzają na ludzi” ich „patologicznych rodziców”. Dodatkowo, On pracuje jeszcze w charakterze kapelana więziennego.

Zamieszkaliśmy w jednym z parafialnych pokojów gościnnych i …któregoś wieczoru, ze zgrozą odkryliśmy, że jesteśmy ubożsi o wcześniej wymienione przedmioty… Przyjechała policja, przez parę godzin spisywała gorliwie nasze zeznania, my zaś oswajaliśmy się z wolna z myślami: „ no to pa pa nasz laptopie, pa pa nasza kamero… Zasnęliśmy w poczuciu upokarzającej bezsilności…
Nazajutrz rano natomiast… Piotr z miną sfinksa zaprosił nas do swojej ( odrobinkę zabałaganionej ) kancelarii, gdzie ujrzeliśmy w zdumieniu najwyższym, wszystkie nasze skradzione rzeczy!!! Mózg mi stanął i w pierwszym odruchu zapytałem czy może mrągowska policja jest do tego stopnia sprawna w działaniu operacyjnym, jednak Piotr przytomnie postukał się w głowę i oznajmił, iż właśnie przed chwilą jeden z jego znajomych ( któremu kiedyś pomógł) przyniósł łup lokalnej żulii mrągowskiej z krótkim komentarzem, którego sens można zawrzeć w stwierdzeniu: PASTORA SIĘ NIE OKRADA !!! Jakaś złodziejska smarkateria, zaraz po udanym włamaniu, zaniosła owoce własnego trudu swoim przełożonym ( szefom złodziei ??? paserom ??? ), oni zaś dowiedziawszy się kogo obrobiono następnego dnia rano zwrócili tenże „urobek” ponieważ… pastora się nie okrada!!!

Pomijając naszą oczywistą radość oraz „kosmiczność” sytuacji ( jak żyję bowiem nie spotkałem się ani nie słyszałem nawet o czymś podobnym ) przeżycie to jest dla mnie jednym z najpiękniejszych świadectw czyjegoś poświęcenia dla innych ludzi. Mozolna i żmudna praca Danusi i Piotrka skutkuje bowiem nie tylko tym, iż wielu ich „podopiecznych” mogło uczynić Chrystusa kimś najważniejszym dla siebie ale także „ubocznym efektem” ich działań jest opinia jaką posiadają nawet wśród przestępców. Kogo jak kogo ale pastora przecież się nie okrada…

Piotr Mendroch nie jest płomiennym mówcą. Nie jest też, potocznie rzecz ujmując, charyzmatykiem, więc jego duszpasterstwo nie jest nacechowane „cudownymi fajerwerkami”. Piotr natomiast nieefekciarsko kocha ludzi i żyje dla nich. Nieważne kim są… Zastanawiam się ilu duchownych ( niezależnie od barw klubowych ) ma na „swoim terenie” podobną opinię…

Opisuję to zdarzenie także dlatego, iż jawi mi się ono jako kapitalny przyczynek do refleksji – co to w praktyce znaczy dzisiaj inspirować Chrystusem ludzi, z którymi się spotykamy. Boję się bowiem, iż przytłoczeni bagażem „duchowych zmagań”, „ogłaszaniem będącego tuż tuż przebudzenia”, zabieganiem o coraz to bardziej spektakularne dary duchowe, pozytywnym wyznawaniem itd. itd; gubimy często to co fundamentalne – np. miłość płynącą z czystego serca i dobrego sumienia. I popadamy w próżną gadaninę…

Danusiu i Piotrku – jesteście wielcy! Podziwiam!


Tomasz Żółtko
Kraków 01 09 2008

( cytat biblijny zaczerpnięty z Biblii Poznańskiej )


Ew. Jana 8; 1-11
"Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" ( J.8;7b ) - odparł ( dobitnie ? ) faryzeuszom Chrystus, odnosząc się do ich prowokacji.
"- Nauczycielu, tę kobietę przyłapano właśnie na cudzołóstwie. Mojżesz nakazał nam w Prawie takie kamienować, a Ty co powiesz?"( J. 8;4 )
Perfidia faryzeuszy była w tej sytuacji dobrze skalkulowana. Jeżeli bowiem Jezus "zgodziłby się z Mojżeszem", momentalnie dostarczyłby tym hipokrytom gotowego argumentu, że w takim razie grzeszy spotykając się przy różnych okazjach z ludźmi o równie szemranej reputacji, jeżeli zaś kazałby tę kobietę wypuścić wolno - ewidentnie złamałby Słowo Boże.
Jednak... No właśnie... Zawstydzonym i onieśmielonym strażnikom moralności, po odpowiedzi "Nauczyciela", kamienie powypadały z rąk...

"Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem." Dzisiaj często ( bywa bezrefleksyjnie ) cytujemy tę wypowiedź, ale któż z nas wpadłby na nią w t e d y na miejscu Chrystusa. Ale On - natchniony Mistrz retoryki, cieśla z Nazaretu - odebrał mowę uczonym teologom. Dlaczego jednak? Co tak porażającego kryje w sobie ta jednozdaniowa riposta?!

Wyrażam przekonanie, iż rzecz nie sprowadza się do ogólnego spostrzeżenia dotyczącego ułomności grzesznej ludzkiej natury. Gdyby tak było, Chrystus na zawsze pozbawiłby nas wszystkich moralnego prawa do wyciągania konsekwencji w stosunku do jakiegokolwiek przestępcy. Wszak nikt nie jest doskonały. Chodziło raczej o sprzeciw przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu upadku drugiego człowieka do swoich aktualnych ( społecznych, religijnych, politycznych itp.) potrzeb. Grzech faryzeuszy nie wynikał ze złego zdiagnozowania etycznego czynu (czynów? ) owej nieszczęsnej kobiety. Ich grzechem była cyniczna bezduszność wobec niej oraz dzika satysfakcja, że oto teraz można "ten przypadek" zgrabnie wykorzystać do skompromitowania prostackiego "rabbiego" z prowincji. Gdyby wszystko poszło po ich myśli Chrystus na oczach ludzi okazałby się niekonsekwentnym i niedouczonym zwodzicielem serc, kobietę można by spokojnie pozbawić życia ( czy aby przypadkiem nie ku uciesze co niektórych?!!!), samym po raz kolejny objawić się jako członkowie "szlachetnej i wiernej Najwyższemu elity - wszystko razem zaś w majestacie troski o moralne standardy narodu i ścisłe trzymanie się nakazów samego Jahwe...
Smakowite - czyż nie?

Dwa dni od momentu, kiedy piszę te słowa, liczni współcześni odpowiednicy tamtych adwersarzy Mesjasza, publicznie zaczęli domagać się od "właściwych czynników" Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce, ekskomuniki Pani Minister Kopacz, w związku z tym, iż ta wskazała szpital, w którym czternastoletnia Agata ( imię nieprawdziwe) mogła dokonać legalnej aborcji. Nie mam zamiaru przesadnie roztrząsać tragicznej historii tej nastoletniej dziewczynki ani tym bardziej zasugerować, że jestem zwolennikiem aborcji i w związku z tym uważam, że się dobrze stało. Pragnę jedynie zwrócić uwagę na hipokryzję ludzi gotowych potępić minister zdrowia w imię walki o "każde życie". Jeżeli bowiem przyjmiemy, że Agata zaszła w ciążę w tradycyjny sposób ( a nie np. w wyniku "zacienienia" Ducha Świętego ), to jest to nie tylko porażka jej i jej partnera. Jest to wychowawcza porażka rodziców tych dzieciaków, ich szkolnych wychowawców i wreszcie duszpasterzy z parafii, do której ( których?) należą. Może więc miast ekskomunikować państwowego urzędnika, stosującego obowiązujące w Polsce prawo, należałoby się najpierw uderzyć we własne piersi? Wszak żyjemy ponoć w chrześcijańskim kraju, kraju mającym nieść chrześcijańskie wartości do zlaicyzowanej do cna Unii Europejskiej. Skąd więc u nas plagi współżycia seksualnego nastolatków, podziemia aborcyjnego, wszechobecnego łapówkarstwa, złodziejstwa itd. itd. Czy mam rozumieć, że winni takiemu stanowi rzeczy są w naszej Ojczyźnie świadkowie Jehowy oraz byli funkcjonariusze SB?!!!

Rozpaczliwie brakuje mi w Polsce kościelnych hierarchów ( rożnych wyznań - żeby była jasność ), innych tzw. autorytetów moralnych, którzy by potrafili - przy okazji np. dramatu Agaty uśmiercającej swoje nienarodzone dziecko- powiedzieć do mnie: pokutujmy! Prośmy Boga o łaskę i przebaczenie, ponieważ nasze nauczanie jest mało skuteczne a chlubiący się tysiącletnim chrześcijaństwem Polacy nie potrafią stosować się do nauki Ewangelii! Prośmy Ducha Świętego o mądrość, co mamy robić w takiej rzeczywistości i jakimi być.

Żeby jednak na coś takiego się zdobyć - trzeba mieć jaja! Mali ludzie wolą rzucać klątwy...

Historia uratowania przez Chrystusa kobiety lekkich obyczajów kończy się ( dla mnie przynajmniej) krzepiąco. Gdy wszyscy tani moralizatorzy, zawstydzeni odeszli..."Jezus wyprostował się i rzekł:
- Gdzież oni są, kobieto? Nikt cię nie potępił?
- Nikt Panie - odpowiedziała.
Rzekł jej Jezus:
- I Ja Ciebie nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej." ( J.8;10-11 )

Zauważmy. Syn Boży nie wyraził się w stylu: "Słuchaj, tak naprawdę nic się nie stało. Musimy być nowoczesnymi ludźmi. Wolny seks jest OK., a jeżeli przypadkiem zaszłaś w ciążę, to spokojnie ją usuń - zarodek to tylko zarodek... Spoko!"
Chrystus nie był moralnym libertynem! Postępowanie tej kobiety było fatalne! Ale On nie był też zakłamanym dewotą! On był i jest kochającym Zbawicielem, który przyszedł na świat, aby uratować tych, którzy giną. ( patrz Mt.18;11 )

Agato... Biedna i zmaltretowana przez własną głupotę Agato. Nie patrz na poprawiaczy świata. Spójrz na Jezusa Chrystusa. On także Tobie d z i s i a j mówi: Nie potępiam Cię. Idź i więcej nie grzesz...

Tomasz Żółtko Kraków 26 06 2008
cytaty biblijne zaczerpnięte z Biblii Poznańskiej


Chrystusa zabili ludzie religijni. Nie szubrawcy, pospolici przestępcy, męty społeczne… Ludzie religijni! Co więcej, usiłował bronić Go Piłat – pogański dostojnik rzymski, człowiek ( cóż za kosmiczny paradoks! ) w najmniejszym stopniu nie zainteresowany oddawaniem czci Jahwe. Jednak nie zdołał ich przekonać.
Zaszantażowany ewentualnością skargi skierowanej na niego do cesarza, uległ ich namiętnemu wrzaskowi „ukrzyżuj go!!!” i wydał Jezusa na śmierć.
Dlaczego tak się stało? Dlaczego gorliwie zaangażowani Żydzi zebrawszy się w Jerozolimie, żeby świętować Paschę, „przy okazji”dopuścili się takiej ohydy? Powodów z całą pewnością było kilka. Pycha, fanatyzm wyznaniowy, niepohamowana chęć rządu dusz ówczesnych autorytetów duchowych judaizmu. Błędne wyobrażenia o oczekiwanym mesjaszu, postrzeganym głównie w kategoriach narodowo-politycznych. No i religijność właśnie. Religijność rozumiana jako ścisłe ( ślepe?! ) przestrzeganie określonych norm i przepisów, ale też nie mające nic wspólnego z opartą na miłości relacją z żywą Osobą… Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż ta ostatnia przyczyna była decydująca. Bezduszna religijność… Apostoł Piotr przemawiając w dniu Pięćdziesiątnicy do zgromadzonego tłumu pobożnych Żydów powiedział:”Mężowie izraelscy, słuchajcie tego co mówię: Jezusa z Nazaretu, męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście” ( Dz.Ap. 2; 22-23 ). Mocno powiedziane – prawda? Pomimo, że Jezus czynił tylko dobro: pomagał, uzdrawiał, wskrzeszał z martwych, „nauczał jako moc mający” , to jednak został męczeńsko stracony. Ludzie z Bogiem na ustach, rękami pogan przybili Go do krzyża, ponieważ nie mieścił się w ramkach ówczesnej religijności. Zdecydowanie nie pasował… Zresztą… jakże często nie pasuje do dzisiaj! Historia chrześcijaństwa pokazuje, że religijność jak zaślepiała tak zaślepia dalej. Religijne wyprawy krzyżowe, religijna święta inkwizycja mordująca wolnomyślicieli i innowierców, prześladowania anabaptystów „ekumenicznie” dokonywane rękami religijnych katolików i ewangelików, amerykańskie nieludzkie niewolnictwo celebrowane z upodobaniem przez religijnych metodystów i baptystów… We współczesnej Polsce zaś… No cóż… Religijna formacja polityczna z wartościami chrześcijańskimi na sztandarach porywa się na dokonywanie odnowy moralnej narodu ( też skądinąd jakże religijnego – sic!!! ) i w tym celu współpracuje z ludźmi bez żadnej moralności. Efekt? Skłócone i rzucające się sobie do gardeł społeczeństwo. Religijne radio pod przewodem religijnego ojca dyrektora, odwołując się do najniższych ludzkich instynktów, zasiewa w sercach religijnych słuchaczy najprzeróżniejsze fobie skutkujące, w najlepszym razie tylko niechęcią do tych wszystkich, którzy są i n n i. Religijny dostojnik kościelny, w najmniejszym stopniu nie licząc się z bólem bezdzietnych małżeństw, stwierdza, że metoda „in vitro” jest wyrafinowaną aborcją ( żeby była jasność – sam mam wiele wątpliwości etycznych co do tej metody, jednak poraziła mnie do głębi ta pełna pogardy wypowiedź hierarchy…). Można by jeszcze cośkolwiek zająknąć się o „religijnych” pedofilskich skandalach, o pysze religijnych urzędników r ó ż n y c h kościołów ale może dosyć… Chodzi mi jedynie o to, że gdyby istniała możliwość przeniesienia nas, dzisiejszych chrześcijan, dwa tysiące lat w czasie do Jerozolimy- to co MY byśmy krzyczeli przed pytającym się nas Piłatem: kogo więc mam wam wypuścić - Jezusa czy Barabasza?!!!

Jakże łatwo pomylić jest żywą relację z religijnym rytuałem! Jakże łatwo pomylić jest „kochanie Boga z całej siły, woli i serca” z pozbawionym uczuć celebrowaniem i przestrzeganiem „bożych” norm. Wreszcie – jakże łatwo pomylić Zbawiciela – Mesjasza ze „świętą” instytucją lub człowiekiem stojącym na jej czele… Tak! Historia i życie pokazują od dwóch tysięcy lat, że łatwo jest się pomylić i w imię religii dokonywać strasznych, porażających okrucieństw, w przekonaniu, że pełni się wolę Bożą!!! Apostoł Paweł jest tego najwymowniejszym przykładem. Arcygorliwy faryzeusz, członek duchowej elity narodu , w imię swoich religijnych przekonań „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich ( Dz.Ap.9;1 ). No, ale niedługo potem była droga do Damaszku i jego dramatyczne spotkanie się ze Zmartwychwstałym. Spotkanie, które radykalnie zmieniło całe życie Pawła, tak że wiele lat później mógł on napisać do chrześcijan w Galacji:”Gdy… nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod niewolą Prawa, aby wykupił tych, którzy byli w niewoli Prawa abyśmy mogli otrzymać synostwo przybrane. A na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła Abba, Ojcze! I stąd nie jesteś już niewolnikiem, ale synem. Jeżeli zaś synem, to i ze zarządzenia Bożego – dziedzicem.”( Gal.4;4-7 ). No i tu dochodzimy do sedna problemu. Nie chciałbym prowadzić jałowej polemiki o słowa, jednakowoż uważam, że oparte na ewangelii chrześcijaństwo nie jest religią, zaś naśladowcy Chrystusa nie są religijnymi ludźmi. Uważam, iż chrześcijaństwo to oparte na miłości codzienne życie z Abba Bogiem Ojcem, możliwe dzięki odkupieńczej śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest ono możliwe i realne ponieważ „Tak… Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, ażeby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął ale miał życie wieczne. Bóg bowiem nie posłał Syna swego na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.” ( Ew. Jana 3;16-17 ). Chodzi więc o to, żeby przejść swoją drogę do Damaszku, spotkać się z żywym Zbawicielem, świadomie uczynić Go kimś najważniejszym dla siebie i od tej pory żyć nowym życiem, życiem opartym na miłości do Ojca, który nie jest tradycją wyssaną z mlekiem matki ani teologiczną abstrakcją ( w stylu Transcendentnego Absolutu ) lecz kochającą i rozumiejącą Osobą. I warto sobie zdać sprawę, że bezduszne odczynianie i celebrowanie obraża Go - tak samo jak np. moją kochającą Żonę obrażałaby mój wkład w małżeństwo zdegradowany jedynie do pozbawionej gorącego uczucia, sztywnej etykiety przy stole. Gdyby tak było, nasze małżeństwo nie przetrwałoby miesiąca…! To niby takie oczywiste ale… gdy przychodzi co do czego, to jakże często wybieramy religijność a nie miłość!!! W tym kontekście Chrystus kiedyś powiedział: „Nie każdy, który mi mówi: „Panie, Panie” wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi w owym dniu: „Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?” Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode mnie, wy, którzy czynicie nieprawość.” ( Ew. Mat.7;21-23 ). Religijność jest zabójcza! Może mieć wiele twarzy ale zawsze jest zabójcza! Religijni ludzie mogą nawet czynić nadprzyrodzone rzeczy w imieniu Jezusa ,mogą nimi chorobliwie się fascynować i popadać w pychę za ich sprawą ( czy przypadkiem nie jest to drobniutki kamyczek do ogródka przesadnych charyzmatyków? ) i zostać potępionymi. Ponieważ religijność zabija! Zawsze!!!

Dwa tysiące lat temu, nierozpoznany przez religijny tłum Mesjasz, skonał na krzyżu. Po trzech dniach zmartwychwstał. Dziś siedzi po prawicy Ojca i w doskonały sposób wstawia się u Niego za tymi, którzy wierzą i kochają – aby mogli żyć. Kiedyś ( może już niedługo?!!! ) przyjdzie ponownie na ten świat lecz… czy znajdzie wtedy jeszcze wiarę wśród nas… czy może już tylko celebrę…? ( patrz Ew. Łk.18;8b )

Czy więc aby na pewno Wesołego Alleluja???


Tomasz Żółtko
Wielki Piątek i Wielkanoc 2008
( cytaty biblijne zaczerpnięte z Biblii Poznańskiej )